W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: siła

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie.