W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: sen, zmarli w snach, przyjaźń, żałoba, strata, pożegnanie, pamięć, wspomnienia, empatia, nauczyciel, macierzyństwo, ptaki, powrót do życia,

  • Trzeba już odejść od stolika I — Pamiętam

    2/3.10.2026 

    Byłam w mieszkaniu, które zamierzał wynająć mój syn i jego dziewczyna, z którą w rzeczywistości się już rozstał. We śnie wrócili do siebie i postanowili zamieszkać razem. Zaprosili mnie tam, żeby pokazać mi ich przyszłe gniazdko. Do mieszkania wszedł Darek. Przedstawiłam go synowi i zostawiłam ich pogrążonych w rozmowie. Wychodząc pomyślałam, że znów będę mieszkać sama. Nie pamiętam czy bardziej byłam zadowolona z tego faktu, czy zmartwiona, że mój syn popełnia błąd wiążąc się z dziewczyną, która już raz udowodniła mu, że nie potrafi utrzymać relacji. 

    Znalazłam się w kawiarni. Na miękkiej kanapie lub fotelu, przy niskim kwadratowym stoliku siedziała moja zmarła przed miesiącem przyjaciółka. Usiadłam naprzeciwko. Obok siedziała któraś z przyjaciółek jej nieżyjącej od kilku lat córki. Miałyśmy spisać wspomnienia o niej. Wyciągnęłam swoje notatki i pamiątki jakie mi po niej zostały. Nie było tego wiele, wszystko mogłoby się zmieścić w kieszeni. Najpierw czytałam na głos wszystko co miałam zapisane, a przyjaciółka, którą czasem nazywałam moją zastępczą mamą potwierdzała wszystko, co jest ważne. Później pokazałam jej wszystkie pamiątki, jakie po niej zgromadziłam. Szczególnie zainteresowała ją biżuteria (nie istnieje w rzeczywistości). Kolczyki misternie plecione z cieniutkich, srebrnych, oksydowanych nici, w kształcie maleńkich prostokątnych sześcianów i zawieszka lub broszka do kompletu. Skupiłyśmy uwagę na kolczykach. Były maluśkie i nieprawdopodobnie precyzyjnie wykonane. Do kawiarni wszedł Darek. Zobaczył mnie, ale nie podszedł. Wiedziałam, że nie chce nam przeszkadzać. Usiadł blisko wejścia do kawiarni. 

    Powiedziałam przyjaciółce kim jest. Użyłam słów: ” to ten dobry człowiek, o którym Ci opowiadałam. Myślałam, że się pomyliłam, że Cię oszukałam. Ale on naprawdę okazał się dobrym człowiekiem.” 

    Byłam trochę zniecierpliwiona, że moja przyjaciółka tak długo ogląda te drobiazgi. Chciałam już do niego iść. Zauważyła to chyba bo albo powiedziała, albo dała mi do zrozumienia, że powinnam wstać od stołu, że powinnam już odejść. 

    Wstałam i odchodząc zastanawiałam się, czy Darek ją widział, bo przecież rozmawiałam ze zmarłą, więc nie było to takie oczywiste. 

    Podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Odwrócona przodem do niego oplotłam go nogami i rękoma. Byłam w niego absolutnie wtulona. On też objął mnie z wielką czułością i trwaliśmy tak długą chwilę. Darek był odwrócony tyłem do drzwi, nie widział pary, która weszła do środka. To byli jego rodzice. Matka na nasz widok zatrzymała się w półkroku i miała cudownie rozczulony wyraz twarzy, ojciec uśmiechał się i wyglądał na zadowolonego. Wyszliśmy z nimi z kawiarni, ale wydaje mi się, że Darek mnie niósł. Miałam iść z nimi, ale postanowiłam, że najpierw musimy wrócić do mnie po buty, których nie miałam na stopach. Mama Darka namawiała mnie, żebym szła boso, że bez butów będzie mi wygodniej, ale uparłam się. Zabrałam czarne baleriny i powiedziałam, że teraz już mogę z nimi iść. 

    To bardzo trudny dla mnie sen. Po przebudzeniu dotarło do mnie, dlaczego przez tak długi czas nie byłam w stanie opisać ostatnich wydarzeń. Czułam, że kiedy napiszę o niej, to będzie jak ostateczne pożegnanie. Będę musiała w pewnym sensie puścić rękaw, za który ją trzymam z nadzieją, że dzięki temu nie odejdzie. Ale odeszła przecież i niczego w tej sprawie nie jestem w stanie zrobić. Mogę jednak uporządkować wspomnienia i pamiątki, a później wrócić do życia, bo tego zawsze dla mnie chciała. Chciała, żebym żyła w pełni. 

    Poznałyśmy się dwadzieścia sześć lat temu. Zatrudniłam się w szkole podstawowej. To była moja pierwsza praca bezpośrednio po studiach. Byłam wystraszona. Nigdy nie chciałam pracować z dziećmi, wydawały mi się większym wyzwaniem niż przestępcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Marzyłam o tym, że będę przywracać społeczeństwu te mocno zabłąkane owce, ale dzieci? Dzieci to ja się naprawdę bałam. 😉 

    Przez pierwsze dni obserwowałam JĄ z rosnącym z dnia na dzień podziwem. Rozmawiała z dzieciakami w sposób, który mnie zachwycił i z czasem stał się również moim sposobem rozmowy z nimi. Do każdego dziecka podchodziła bowiem z takim samym szacunkiem, uwagą i troską jak do każdego człowieka, bez względu na wiek. W zwykłej rozmowie z uczniem na szkolnym korytarzu była ciekawa człowieka. Pytała, co myśli, co czuje, jak to czy coś innego widzi. Interesowało ją zdanie dziecka i zawsze słuchała z uwagą. W jej towarzystwie człowiek czuł, że jest najzwyczajniej w świecie ważny. 

    I wiedziałam już, że w pracy z dzieckiem najważniejsze nie są metody i techniki, ale szacunek i uważność. To była pierwsza lekcja, jakiej mi udzieliła. 

    Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Było w niej coś tak dla mnie znajomego, że nie zwracając uwagi na trzydzieści lat różnicy wieku, szybko stała się częścią mojego życia. Łączyła nas nie tylko miłość do pracy z dziećmi, ale miłość w ogóle. Do świata, sztuki, muzyki, kina, literatury i całego piękna, które nas otacza. 

    Szczególnie ukochałyśmy kontakt ze zwierzętami. Mogłyśmy godzinami rozmawiać o sikorkach, które odwiedzały jej balkon. Dzwoniła czasem i mówiła: „Odwiedził mnie ptaszek, miał czarną czapeczkę, szarawe piórka…”. Dopytywałam o wielkość, długość ogona, kształt dzioba. Czasem otwierałam przewodnik Collinsa, zanim ustaliłyśmy, kto wpadł na słonecznik. 

    Dwa tygodnie przed śmiercią stała smutna nad zwłokami ptaka leżącego na drodze przed jej blokiem. Chciała wiedzieć, co to za piękne stworzenie straciło życie pod kołami. Ustaliłyśmy, że to pustułka. Bardzo żałowała, że nie widzi jej w locie. 

    Kiedy odeszła na emeryturę, nic już nie było takie jak dawniej. Zmieniła się nie tylko atmosfera w pracy. Zmieniły się zasady. Pozostanie sobą stało się codzienną walką o przetrwanie. A jej: „Dziecko, ty się w tej szkole marnujesz” pozwoliło mi uwierzyć, że świat czeka na mnie i moje pomysły, jak upiększać go codziennie. Jak tworzyć dobro, zachowując jednocześnie wolność. 

    To nigdy nie było łatwe, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Jej „dasz radę” nigdy nie było pustym hasłem. Zawsze popierała je wspomnieniem tego, co już mi się udało. „A pamiętasz, jak byłaś bez grosza…”, „Pamiętasz, jak świat się zawalił, a ty szłaś dalej z podniesioną głową…”, „Z tyloma trudnościami sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”. 

    Nauczyła mnie też, jak być dobrą matką. Moja mama nie miała zasobów, żeby mnie tego nauczyć. Zawsze byłam troskliwa i opiekuńcza, ale pewne subtelne naleciałości z mojego własnego dzieciństwa wkradały się czasem do mojej relacji z dzieckiem. 

    Mój syn miał może dwa latka, może mniej. Popełnił jakiś dziecięcy błąd, zupełnie nieistotny, a ja żartowałam z niego tak, jak robił to mój ojciec, kiedy byłam mała. Nie zauważyłam nawet, że to robię. Ona ze spokojem i troską powiedziała wtedy: 

    „Nie rób tego, skarbie. On to słyszy i zapamięta”. 

    I zdałam sobie sprawę, że ja pamiętam. I że nadal boli. 

    Czasem przyłapywałam się później na tym, że reaguję w sposób, który znałam z rodzinnego domu. Dzięki temu jednemu zdaniu, wypowiedzianemu w odpowiednim czasie, mogłam się zatrzymać. A jeśli z jakiegoś powodu mi się nie udało — mogłam przeprosić swoje dziecko. 

    Kiedy trafiłam na terapię dla współuzależnionych i przestałam się wstydzić mówić o tym, z czym na co dzień muszę się mierzyć, ona była pierwszą osobą, której o tym opowiedziałam. Nie bałam się, że mnie oceni. Bałam się, że będzie jej przykro, że nie powiedziałam jej o tym wcześniej. 

    Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, a ona zamiast mnie pocieszać, opowiedziała mi o sobie i swoim krótkim małżeństwie. I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest głęboka empatia. 

    Można współczuć, można pochylać się nad kimś, można nawet przytulić i tylko współczuć. Ale jeśli przez chwilę chociaż byłeś w tym samym miejscu, wtedy możesz również naprawdę rozumieć. A to jest bezcenne. 

    W trudnym dla mnie czasie, w którym musiałam poradzić sobie z rozstaniem, rozwodem i walką o przetrwanie, była dla mnie bezcennym skarbem. Nie współczuła. Naprawdę wspierała i rozumiała, bo była w tej samej ciemności, przez którą ja musiałam przejść. Powtarzała zawsze: „Ty i dziecko. Tylko wasze dobro się liczy”. 

    Ona walczyła o siebie i córkę, wiedziałam więc, że mnie również się uda. Wychowała swoje dziecko na bardzo mądrą, świadomą i silną kobietę. Świat nie miał dla niej granic. Miały cudowną relację, pełną miłości, szacunku i wiary w siebie nawzajem. 

    Jej córka zmarła nagle. Nie znaleziono przyczyny. Zatrzymało się serce. 

    Moja przyjaciółka nigdy w pełni nie podniosła się po śmierci jedynego dziecka. Przeżyła jeszcze cztery lata. Żyła naszym życiem. Moim i mojego dziecka, życiem najbliższych przyjaciółek swojej córki i życiem ich rodzin. Ale to już nie było to samo. Nie mogło być. 

    Zawsze powtarzała, że dobry nauczyciel choruje tylko w święta, ferie i wakacje. 

    Była najlepszym z nauczycieli. 

    Zmarła w nocy z 30 na 31 sierpnia.