W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: rozwój wewnętrzny

  • 78. Fotografie – sen dokumentujący przejście

    25/26.04.2026 

    Byłam w niewielkim nowo otwartym sklepie, w którym sprzedawano między innymi filcowe torebkami, biżuterią, dodatki i koraliki z minerałów, w realu ten sklep nie istnieje, ale w tym miejscu był kiedyś podobny, w którym na prawdę kupowałam minerały do wyrobu biżuterii.  

    Byłam tam chyba z partnerem (w realu jestem sama), kupiłam czarny spękany agat, płaski owal.  

    Później wróciłam do tego sklepu sama, oglądałam rzeczy leżące na półkach, były tam filcowe broszki, dokładnie takie jakie ja kiedyś robiłam i pomyślałam, że nie ma sprawy, nie będę dochodzić praw autorskich, bo nie zajmuję się już rękodziełem, niech je sobie ta pani spokojnie tworzy.  

    W kurtce miałam plastikowe pudełko, w którym trzymałam kamienie, ten który kupiłam wcześniej i podobny agat, stary który zabrałam z domu. Chciałam koniecznie kupić turmalin, wiedziałam, że go potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak wygląda. Kobieta zapytała czego szukam? Okazało się, że nie ma tego minerału, ale zamówi go dla mnie. Zapytała o kolor, powiedziałam, że chcę różowofioletowy, ale oczami wyobraźni widziałam też zieleń o tym jednak nie wspomniałam.  

    Odeszła na zaplecze i zamawiała kamienie przez telefon mówiąc płynnie po chińsku. Zdawało mi się, że znam tą kobietę i że kilka lat wcześniej prowadziła tu już sklep. Okazało się, że to nieprawda, to pierwszy sklep jaki prowadzi.  

    Minerały do odbioru miały być jutro.  

    Wyszłam ze sklepu, szłam ulicą. Spotkałam jakieś kobiety, poszłam z nimi.  

    Miałam ze sobą pudełko z minerałami w kieszeni kurtki i jakiś suplement w półlitrowym plastikowym słoiku w plecaku.  

    Trafiłyśmy do poradni leczenia uzależnień. Chodziłam tam kiedyś na terapię dla współuzależnionych. Teraz było zupełnie inaczej, pacjenci byli dziwni, chorzy psychicznie, zaburzeni lub wrogo do mnie nastawieni. Czułam, że to już nie jest to samo miejsce.  

    Weszłam z tymi kobietami na ich terapię. Terapeuta zaczął się nad sobą użalać, że jego największą traumą z dzieciństwa było to, że jego ukochana drużyna piłkarska w jakiś sposób go zawiodła, mówił o tym długo i z wielkimi emocjami, ale nie pamiętam co było źródłem zawodu.  

    Chciałam podzielić się suplementami z jedną z kobiet, ale terapeuta napadł na mnie, mówił, że tam są dodatki, których ona nie potrzebuje, mówił o kredzie lub talku i że ja też nie mogę tego brać. Zachowywał się okropnie. Wstałam i w emocjach powiedziałam, że szczeniak płaczący nad przegranym meczem nie będzie mi mówił co mam robić z życiem.  

    Wybiegłam stamtąd tak jak stałam. Wróciłam w okolicę mojego domu i sklepu, było już jutro, ale pomyślałam, że jest rano, więc nie będę jeszcze pytać o zamówienie, zaczekam do popołudnia.  

    Zauważyłam nieodebrane połączenie w telefonie. Oddzwoniłam, okazało się, że dzwonili z poradni, w której byłam. Oddzwaniając, połączyłam się z filią poradni i kobieta nie wiedziała czego dotyczyła sprawa, w której do mnie dzwoniono. Pomyślałam, że chodzi o pozostawione przeze mnie rzeczy. Zostawiłam tam wczoraj kurtkę i plecak. Postanowiłam, że wrócę tam i odbiorę swoje rzeczy, ale odciągałam się z tym.  

    Spotkałam kobietę ze sklepu i przypomniało mi się kim jest. Chodziłyśmy razem na zajęcia wokalne. Nie pamiętała mnie, przyłożyłam rękę do czoła, żeby pokazać jej jaką krótką grzywkę wtedy miałam, rozpoznała mnie natychmiast.  

    Szłyśmy razem ulicą. Zauważyłam, że w studzienkach kanalizacyjnych zamiast kratki wetknięte były dziecięce samochody (takie duże wywrotki do piaskownicy). Powiedziałam mojej towarzyszce, że tu musi mieszkać moja koleżanka z terapii, bo tylko ona mogła tak ozdobić ulicę przed domem.  

    Podeszłyśmy do niewielkiego muru, był mojego wzrostu. Wdrapałam się na górę, koleżanka nie dała rady, podałam jej rękę i przeciągnęłam ją na drugą stronę jednocześnie robiąc zdjęcia, bo uznałam, że to będą super ujęcia na których widać, jak ona przeskakuje. Taka dokumentacja fotograficzna przejścia. Zamiast koleżanki na drugiej stronie wylądował mój syn. Powiedziałam mu o zdjęciach i chciałam pokazać, jak wyszły.  

    Zdjęcia były na papierze, nie cyfrowe. Pokazywałam jedno po drugim i nie było tam mojego syna. Ze zdziwieniem zauważyłam, że jestem na nich ja przechodząca przez mur. Zastanawiałam się jak to możliwe, że przecież nie robiłam zdjęć sobie miałam przecież zajęte ręce. Mój syn był rozczarowany, że nie było tam jego wizerunku. 

    Dziś ten sen odczytuję wyjątkowo jasno. 

    Mam poczucie, że przeszłam już swoją drogę. Czuję, że jestem wolna od współuzależnienia. Czy rzeczywiście tak jest? Czas pokaże. 

    Mój syn wciąż jeszcze czasem wikła się w ratowanie swojej byłej dziewczyny, ale widzi coraz więcej i nie wiąże już z tą relacją swojej przyszłości. 

    Mam też koleżankę, której podaję rękę. Nie wiem jednak, czy uda jej się przejść na drugą stronę. Na razie przegrywa walkę o siebie. 

    I nie wynika to wyłącznie z jej słabości. To także jej decyzja. 

    Najbardziej poruszył mnie jednak ostatni obraz. W wielu moich snach pojawiał się już wcześniej motyw, aparatu lub telefonu, którym próbowałam zrobić zdjęcie. Nigdy wcześniej się to nie udało.  Aż do teraz. Zrobiłam zdjęcia i to jakie… Byłam przekonana, że dokumentuję czyjąś drogę. Tymczasem na wszystkich zdjęciach zobaczyłam siebie. 

    Chyba naprawdę kupię ten turmalin. 

    Podobno chroni. 

  • 77. Koty – sen o tym, co wyrywa się na wolność 

    24/25.04.2026 

    Szłam z grupą przyjaciół (nie z realu) do mieszkania jakiegoś cudzoziemca, który miał zostać deportowany z naszego kraju bez żadnego powodu. Tylko dlatego, że nie był Polakiem. Mieliśmy podpisać petycję. 

    Zapukaliśmy do drzwi. Mężczyzna uchylił je tylko na chwilę i nie wpuścił nas od razu. Nie spodziewał się gości i był zaskoczony liczbą osób stojących za drzwiami, bo po drodze dołączyli do nas kolejni ludzie. 

    W końcu zaprosił nas do środka. Kiedy mnie zobaczył, poprosił, żebym przeszła z nim do innego pokoju. Nie rozumiałam, dlaczego, ale bez wahania weszłam. 

    Poprosił, żebym pokazała mu swoje rysunki. Miałam ze sobą gruby szkicownik. Nie czułam się przygotowana. 

    Rysunki przedstawiały koty. Wszystkie sprawiały wrażenie, jakby uciekały z zamknięcia. Miałam też wyciętego z papieru kota połączonego z prostym mechanizmem z rurki i nitki nawiniętej na małą szpulkę. Kiedy pociągało się za nitkę, kotek wystrzeliwał w powietrze. 

    Ku mojemu zaskoczeniu moje prace bardzo się spodobały. Miały promować trasę koncertową tego cudzoziemca, który podobno był znanym muzykiem. 

    Wyszłam z jego mieszkania. 

    Była noc. Szłam ulicą, kiedy z jednego z okien wychylił się mężczyzna i zawołał mnie po imieniu. Zastanawiałam się, skąd mnie zna. Pomyślałam, że to ktoś z przeszłości, ale nie zatrzymałam się. 

    Doszłam do domu, a właściwie do willi mojego chłopaka. I to naprawdę był chłopak. Spotykałam się z nastolatkiem! 

    To było dziwne, bo czułam, że to zupełnie bez sensu. Przecież to jeszcze dzieciak. 

    Był u niego mały, rozkoszny niedźwiadek. 

    Wracałam tego dnia do siebie z kimś jeszcze – z matką i siostrą? (ale nie z realu). Miałyśmy dwie godziny do odlotu samolotu. 

    Mój „chłopak” żegnał mnie w bardzo dziecięcy sposób. Pocałował mnie w usta, ale nie czułam w tym nic męskiego. 

    Wyruszyłyśmy w drogę. Byłyśmy już blisko lotniska, kiedy okazało się, że niedźwiadek zabrał się z nami. 

    Postanowiłam szybko z nim wrócić i oddać go chłopcu. Czułam, że mam dużo czasu, że zdążę. 

    Główne drzwi były zamknięte, więc przeszłam na tył budynku. Był tam mój „chłopak” i jego koledzy. 

    Pomyślałam, że w sumie fajnie, iż miś uciekł, bo będziemy mogli jeszcze raz się pożegnać. 

    Ale i to pożegnanie mnie rozczarowało. 

    Nie było w nim absolutnie niczego, co chciałam poczuć. 

    To jeden z tych snów, których na razie nie chcę zamykać jednoznaczną interpretacją. Mam wrażenie, że jeszcze dojrzewa. 

    Na dziś wydaje mi się, że jest rodzajem „sprawdzam” ze strony wszechświata. Czy wejdę w coś niedojrzałego? Czy zatrzymam się tylko dlatego, że zawoła mnie ktoś z przeszłości? Czy zawalczę o prawo do inności – może własnej, a może tej wyrażanej przez sztukę? 

    I jest jeszcze ten słodziak – mały miś. Nie zabieram go ze sobą. Odprowadzam go do właściciela, choć jest niedojrzały i pewnie lepiej bym się nim zaopiekowała. A jednak go oddaję. Po prostu dlatego, że nie jest mój. 

    Może właśnie o tym jest ten sen. O rozpoznawaniu tego, co piękne, co porusza, co budzi czułość, ale nie należy do mojej drogi. 

    A może jest zupełnie o czymś innym. 

    Jednego jestem pewna. Koty muszą być wolne. 

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną. 

  • 75. Smok – sen o tym, kto jest dla mnie. 

    21/22.04.2026 

    Byłam w budynku, którego przeznaczenie najbardziej przypominało akademik. Na najwyższym piętrze miałam swoje, a może wynajęte, mieszkanie albo lokal. 

    Za chwilę miałam prowadzić jakieś zajęcia, ale leżałam na leżaku przed budynkiem i udawałam, że śpię. Przyszła kobieta (która w rzeczywistości prowadzi zajęcia wokalne w tym samym budynku, w którym mieści się moja firma). „Pufałam” w taki bardzo specyficzny sposób. Kiedy kobieta już odeszła, uznając, że śpię, ze zdziwieniem zauważyłam, że nie mogę przestać „pufać”. (Pewnie naprawdę wydawałam takie dźwięki przez sen). 

    Wstałam, bo zbliżał się czas zajęć i poszłam na górę. Po drodze trafiłam do kawiarenki, w której spotkałam kobietę sporo starszą ode mnie. Rozmawiałyśmy o filmie wyświetlanym w kinie. Zastanawiałyśmy się, czy trafi do szerszego kinowego obiegu, czy będzie można go zobaczyć tylko w Kinie Konesera, do którego obie chodziłyśmy. (W rzeczywistości chodzę do Kina Konesera). 

    Przy stoliku obok siedział całkiem przystojny mężczyzna, jakiś wykładowca. Powiedział coś. Pomyślałam, że wtrącił się do naszej rozmowy, ale okazało się, że nie mówił do mnie. Trochę mnie to rozczarowało. 

    Poszłam na górę, ale zamiast prowadzić zajęcia, miałm opiekować się małym, około rocznym dzieckiem. 

    A w mieszkaniu zostawiłam malutkiego czarnego smoka wielkości kota. 

    Kiedy mnie nie było, smoczek trochę zniszczył przedpokój. Oderwał ze ściany kawałek okładziny wykonanej z jakiejś sztywnej tektury (?) i uciekł. 

    Wzięłam dziecko na ręce i wyszłam na poszukiwania zbiega. 

    Znalazłam go bardzo szybko. Brykał sobie po trawie nieopodal budynku. 

    Zawołałam go i natychmiast przybiegł. Gdy tylko stanął obok mnie, zaczął rosnąć. Był już wielkości labradora. Był przeuroczy. Taki radosny i ufnie kochający. 

    Weszliśmy do mieszkania. 

    Okazało się, że trwa jakieś studenckie święto i wszyscy ostro imprezują. Pod naszą nieobecność do mieszkania weszła grupa studentów. Uznali, że to świetne miejsce na imprezę. Palili marihuanę, a dym unosił się w powietrzu. 

    Kategorycznie kazałam im wyjść. 

    Nie chcieli, ale byłam zdecydowana i powołałam się na dobro dziecka, które nadal trzymałam na rękach. 

    Wyszli. 

    Spojrzałam na mojego smoka. 

    Był jeszcze większy. Teraz był wielkości tygrysa. Łasił się do mnie i skakał po mieszkaniu, po czym przybiegał po kolejną porcję czułości. 

    Pomyślałam, że nie możemy tam dłużej mieszkać, bo smok potrzebuje przestrzeni. 

    Musimy mieć dom pod miastem i dużo terenu, żeby mógł swobodnie się poruszać. 

    Wiedziałam, że będzie rósł. 

    Przecież to jeszcze mały smoczek. 

    Kocham ten sen całym sercem. 

    Nie jestem pewna co chce mi powiedzieć, może za jakiś czas wrócę tu i dopiszę kolejny komentarz. Bardzo bym tego chciała, a na razie… 

    Na własny użytek stworzyłam kiedyś prostą teorię. Według niej istnieją trzy typy mężczyzn: smoki, jaszczurki i podłe gadziny. 

    Podłym gadzinom nie poświęcę już w moim życiu ani minuty uwagi, opiszę pozostałe typy. 

    Mężczyzna Jaszczurka- piękny, inteligentny, wyjątkowo atrakcyjny. Oferujący w pakiecie pełen wachlarz emocji, olbrzymią intensywność, motyle i fajerwerki. Kiedy jednak spotyka się z codziennością, odpowiedzialnością, czymś trudnym lub wymagającym bez wahania, natychmiast i bez ostrzeżenia spieprza pod kamień. 

    Mężczyzna Smok- Smoki są inne. Nie są takie kolorowe, wydają się może trochę zimne na pierwszy rzut oka. Ale zimne są dla świata, bo wewnętrzny ogień zachowują dla swojej królowej. Nie błyszczą na pokaz. Nie potrzebują, bo są świadomi swojej mocy. Nie muszą jej nikomu udowadniać. Smok jest potężny, ale wobec swojej kobiety pozostaje czuły i delikatny. Wie co to odpowiedzialność, troska i szacunek. Kiedy wyobrażę sobie siebie mierzącą się z życiem, chcę mieć za sobą smoka. Takiego, który pozwala mi działać, ale stoi za mną i obserwuje. A kiedy cokolwiek mi zagrozi, nie zawaha się. 

    Nigdy. 

    A z takim smokiem… świat robi się za mały 😎 

  • 74. Woda z sufitu – sen o odwadze spojrzenia w głąb

    15/16.04.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć. 

    Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście. 

    Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi. 

    Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami. 

    W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę. 

    Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy. 

    Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr. 

    Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek. 

    Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy). 

    Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta. 

    Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu. 

    Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły. 

    Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce. 

    Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu. 

    Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta. 

    Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego. 

    Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon. 

    Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek. 

    Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda. 

    Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało. 

    Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam. 

    Krzyknęłam do syna: 

    — To mieszkanie jest strasznie długie! 

    Potwierdził. 

    Nie zdążyłam. 

    Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko: 

    — O. Kurwa! 

    Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji. 

    Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam. 

    Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji. 

    Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie. 

    Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę. 

    Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte. 

    Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję. 

    A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.  

    I nie dziwić się łzom, które naturalnie płyną. 

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 72. Mniej naklejek –sen o tym, jak wybrałam kolor 

    4.04.2026 

    Szłam ulicą i zauważyłam duży sklep w stylu pasmanterii. Wiedziałam, że byłam kiedyś w środku i o coś pytałam albo może mój były mąż pytał o coś w moim imieniu. Pamiętam, że nie było tam wtedy interesującego mnie przedmiotu. Ze sklepu wyszła para. Nieśli w reklamówce sprzęty do profesjonalnego warsztatu krawieckiego. Były to specjalne druty do trzymania nici, montowane do stołu i inne tego typu ustrojstwa. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kupili. Opowiadałam im, że w mojej maszynie złamał się taki bolec, na który nakłada się szpulkę nici. Mówiłam im, jak sobie radzę w tej sytuacji. Zaprosili mnie do domu. Podeszliśmy do ich maszyny do szycia i mężczyzna zaczął montować to, co kupili, my rozmawiałyśmy dalej. Zauważyłam, że mam identyczną maszynę do szycia. Na jej maszynie również przyklejone były naklejki z soku Kubuś, ale było ich mniej (mój syn, kiedy był mały, ozdabiał mój warsztat pracy). Okazało się też, że nosimy to samo imię. Byłam zafascynowana tym odkryciem. Pytałam o znak zodiaku, ale wymieniła wtedy inny z chińskiej astrologii, a ja nie mogłam sobie przypomnieć własnego. 

    Para była sąsiadami mojej teściowej, gościłam wtedy u niej. Zapytali, czy mogę ich zaprosić, bo mają pewien kłopot z moją teściową. Nie pamiętam, na czym polegał, ale uznałam za stosowne im pomóc. Sprawa, z którą przyszli, była istotna dla życia wspólnoty sąsiedzkiej. Chodziło o dostęp do czegoś ważnego. „Kluczem” do jej rozwiązania był klucz. Znalazłam pęk kluczy należący do teściowej. Był między nimi jeden różniący się od reszty — niewielki, zrobiony z korka (!?!). Mężczyzna powiedział, że nie trzeba go zabierać, wystarczy uszkodzić końcówkę. 

    Wróciła teściowa, trochę zdziwiona, że przyjęłam gości, ale nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. Zauważyłam jednak, że miejsce, w którym siedziała dziewczyna, było zanieczyszczone. Była tam psia kupa. Zaczęłam sprzątać. Kiedy się rozejrzałam, zauważyłam, że kup było więcej. Sprzątałam więc. Na środku pokoju leżała moja walizka. Przyjechałam do teściowej z synem. Pomagał mi sprzątać, ale później wyszedł spotkać się z kolegami (bałam się, że to nieodpowiednie towarzystwo, czułam, że tam, gdzie idzie mogą pojawić się narkotyki). Powiedziałam mu, że wyjeżdżam i jeśli chce, może wracać ze mną, ale jeśli chce zostać, ja i tak wyjadę. Chyba tak zrobiłam… 

    Byłam u siebie. Córka mojej koleżanki, 16-letnia dziewczyna, pomagała mi się rozpakować. Wybierałam dla niej ubrania. Oddałam jej mój czarny płaszcz, trochę żałowałam, ale chętnie go przyjęła, więc postanowiłam, że kupię płaszcz w innym kolorze. Może teraz czas na kolorowe ubrania. Zwykle wybieram czarne. 

    A jeśli w śnie spotkałam siebie? 

    Inną siebie, bez tak wielkiej ilości naklejek. Bez tych nakładek, które nie pozwalają cieszyć się zdrową bliskością. Taką mnie, której udało się kupić wszystko, czego stara ja nie znalazłam w pasmanterii zwanej „życiem”. 

    Ta inna ja ma partnera, który jest obecny, pomaga, szuka rozwiązań. On jest pomocny, ale nie dominuje, nie zawłaszcza… wspiera. 

    To on podpowiada, co zrobić z kluczem, ale nie robi tego za mnie. Nie szuka kluczy, nie niszczy ich. Pozostawia wolność. 

    Sama muszę posprzątać, spakować się i wyjść z domu mojej teściowej. Mojemu synowi pozostawić muszę podobną wolność wyboru i tę samą sprawczość. 

    Do mnie rodzina męża nie ma już dostępu. 

    Wyszłam z tego domu bez hałasu, bez niepotrzebnych kłótni i rozliczeń z przeszłością. Pamiętam wszystko: jak spędzałam wakacje, remontując mieszkanie teściowej, jak szyłam jej zasłony (na tej właśnie maszynie), jak zmieniałam uszczelki pod zlewem, jak odnawiałam jej meble, ozdabiając je decoupagem. Jak przyjeżdżając do niej pierwszego dnia, dostawałam listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo się starałam zasłużyć, udowodnić, że jestem ważna, potrzebna. To sprawiło jedynie, że byłam przydatna i bardzo zmęczona. 

    Pamiętam to, ale już się z tym nie identyfikuję. 

    Teraz wybieram kolor. 

    Wybieram siebie. 

  • 71. Czerwone drzwi – wizja nowego progu.

    27.03.2026 

    Doświadczenia hipnagogiczne zdarzają mi się zazwyczaj w wannie. Nie wiem, czy to dlatego, że woda jest dla mnie środowiskiem tak odprężającym, że aż nasennym, czy ciepło i relaks wpływają na mój układ nerwowy w taki zaskakujący sposób. Tak czy inaczej, ja i moja podświadomość kochamy wannę w równym stopniu. 

    Prawie zasnęłam w wannie. Dwukrotnie. 

    Najpierw zobaczyłam drzwi — pancerne, ciężkie, czerwone. 

    Drugi przedsen: wibrujący zimny ogień, taki w formie wiatraka, który porusza się tak szybko, że tworzy pomarańczowe koło i sypiące się z niego iskry. 

    Ten dzień był dla mnie bardzo emocjonalnie wymagający i kończący jednocześnie pewien etap, w którym rozdrapywałam jak kura ziemię moje rodowe wzorce i doświadczenia z domu rodzinnego, przechodząc kolejno od snu do snu. Przepuszczając przez siebie, powtórnie przeżywając i godząc się na odejście tego, co już nie karmi. 

    Kilka godzin wcześniej przeżyłam intensywnie tworzenie wpisu: 
    https://wcieniukruka.com/2026/03/27/prababcia-i-lod-w-torebce/ 

    Zamknęłam drzwi kolejnego pokoju w mojej wewnętrznej szkole i kolejne stanęły dziś przede mną. 

    Dziś już wiem, co znalazłam w pokoju za czerwonymi drzwiami, ale leżąc tamtego wieczora w wannie, wiedziałam, że… nic nie wiem 😉. 

    A znalazłam za nimi to, co zaprowadziło mnie ku życiu. 

    Znalazłam w sobie ogień. 

    Ale to będzie się odsłaniać z kolejnymi snami. 

    Powolutku… 

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną

    26/27.02.2026 

    Byłam w domu moich rodziców lub w moim mieszkaniu, ale całkowicie zmienionym przez bałagan, składowisko jakichś niepotrzebnych i zniszczonych przedmiotów. Było tam brudno, ale to miejsce było naturalnie połączone z tym, co na zewnątrz, a jednak było budynkiem. 

    Nie byłam sama. Widziałam moją nieżyjącą matkę i starszego brata. Chyba pojawił się też mój syn. 

    W tym „mieszkaniu” były również zwierzęta, z którymi na co dzień mieszkam: moje trzy koty, pies oraz kotka mojego syna. Pojawiły się też dzikie. 

    Zielony wąż byłby bardzo okazały, grubości mojego przedramienia, niestety był krótki. Tak krótki jak moje przedramię. Był przecięty wpół. Zastanawiałam się, co mogło być przyczyną i doszłam do wniosku, że mogło to być koło samochodu mojego ojca, który parkował w miejscu, z którego przypełzł wąż. Teraz samochodu tam nie było, ale na ziemi pozostały ślady opon. 

    Bałam się tego węża. Kiedy pełzł w moją stronę, podniosłam z ziemi spory kawałek przezroczystej, mlecznej folii budowlanej i odganiałam go, machając nią i odsuwając go, kiedy był blisko. Był w bardzo złym stanie. Bałam się go, ale w tym samym stopniu litowałam się nad nim i jednocześnie czułam obrzydzenie. Wąż zniknął, ale wiedziałam, że gdzieś się ukrył. 

    Zobaczyłam nowego „gościa” w tym domu. Był to duży ptak z jakiegoś gatunku grzebiących, dziki, niehodowlany, szary, z ciemniejszymi, chyba nawet czarnymi skrzydłami, wielkości głuszca. Chciałam wziąć go na ręce i zanieść mojej mamie, chciałam, żeby go zobaczyła. Ptak nie był zadowolony, ale pozwolił się przenieść. Nie wywołał w tym domu żadnej sensacji. 

    Wypuściłam go do tej „półotwartej” części domu i znalazłam dla niego gotowany pęczak. Czasem w rzeczywistości karmię takim pęczakiem mojego zaprzyjaźnionego gołębia. Tego ptaka również karmiłam z ręki. 

    Kiedy rozchylił skrzydła, zobaczyłam, że na plecach nie ma piór. Zastanawiałam się, czy coś mu dolega, czy może jest to naturalne dla tego gatunku. 

    Spojrzałam przez okno. W oddali widziałam budynek i okna biura Darka, ale jego samego nie było widać. 

    Zauważyłam, że kotka mojego syna zniknęła. Ani on, ani nikt inny się tym nie przejął. Szukałam jej i nie mogłam znaleźć w tym bałaganie. 

    Kiedy byłam w półotwartej części domu, znalazłam w ziemi otwór, norę o średnicy około siedmiu–ośmiu centymetrów. Pomyślałam, że właśnie tam ukrył się wąż. 

    Postanowiłam posprzątać ten bałagan, oczyścić wszystko i powyrzucać niepotrzebne rzeczy. Myłam naczynia, przesuwałam różne przedmioty, układałam je, ale wciąż niepokoiła mnie myśl o zniknięciu kotki . 

    Postanowiłam zadzwonić do schroniska i zapytać, czy ktoś jej nie przyniósł. Próbowałam wybrać numer, ale wciąż zgłaszał się dyspozytor numeru alarmowego. Rozłączałam się, ale kiedy tylko nacisnęłam jakikolwiek przycisk, znów łączyłam się z numerem 112. 

    Zostawiłam telefon i wyszłam z domu. 

    Doszłam do biblioteki. Chyba była w remoncie. Nie było książek ani mebli. Była tylko pusta sala i jedna bibliotekarka. 

    Zapytałam, czy mogę przynieść i powiesić w bibliotece ogłoszenie o zniknięciu kotki. 

    Przez okna biblioteki widziałam okna biura Darka z bliższej odległości. Widziałam dwóch, może trzech krzątających się mężczyzn, ale jego nie było widać. 

    Przypomniałam sobie, że na opakowaniu jakichś słodyczy, które znalazłam podczas sprzątania, było logo i reklama wydarzenia, w którym firma, której szefem jest Darek, ma wziąć udział. 

    Pomyślałam, że właśnie przygotowują się do tej imprezy. 

    I faktycznie, w rzeczywistości chyba właśnie w ten weekend takie wydarzenie ma się odbyć. Dziś lub jutro ma się rozpocząć. 

    Komentarz zacznę trochę od końca. 

    Bezpośrednio po przebudzeniu zastanawiało mnie, dlaczego obserwuję z tęsknotą okna firmy Darka i nic z tym nie robię. Przecież we śnie bardzo chciałam go zobaczyć. Zaglądałam do okien, szukałam go wzrokiem. Byłam tak blisko. Wystarczyło wejść do budynku i sprawdzić. 

    A jednak nie mogłam sobie na to pozwolić. 

    Myślałam, że to z szacunku do jego granic, ale to nie była prawda. 

    W rzeczywistości tęskniłam jak nigdy wcześniej. W okresie żałoby wspomnienie czułości, jaką mi kiedyś Darek okazywał, było bardzo bolesne. Bo potrzebowałam jej wtedy najbardziej na świecie, a jego przy mnie nie było. 

    I miało go nie być. 

    Bo gdyby był, byłby małym plastrem przyklejonym do olbrzymiej, głębokiej rany. Odwróciłby uwagę od mojego okaleczenia. 

    Sen pokazał mi: 

    Jest w Tobie bardzo okaleczona część. Jeszcze boisz się jej. Jeszcze odganiasz ją od siebie. Jeszcze przez chwilę musi schować się w norze w ziemi. Ale nie możesz już ignorować jej obecności. Przyjdzie dzień, kiedy będziesz musiała się tym zająć. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie jesteś gotowa zobaczyć tej rany w pełni. Bo nie jest to zwykłe zranienie. Nie da się go zalepić plastrem. To alarm wymagający telefonu pod numer 112. 

    Ale na razie musisz nakarmić inne części siebie, zanim zobaczysz to, co głęboko ukryte. 

    A Twoja biblioteka musi zapełnić się wiedzą. 

    Dziś minęło pięć miesięcy od nocy, w której śniłam ten sen. 

    Jestem nakarmiona i uratowana, ale wymagało to zmierzenia się z najczarniejszym. Wymagało zejścia do ciasnej nory. 

    Zeszłam. 

    I wyszłam do światła. 

    Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.