W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Rodzina dysfunkcyjna

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość.