
Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji.
Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment.
Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej.
Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa.
To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej…
Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.
Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie…
O siebie.
