W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: przemoc

  • 2. W PEŁNI. POCZĄTEK

    Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, jestem w drodze, a każda droga musi mieć początek… 

    Noc przesilenia zimowego a jednocześnie przepiękna pełnia, moja pierwsza. Niewielkie, senne miasteczko otoczone lasami, po obu stronach drogi wysokie sosny obciążone grubą warstwą śniegu i widoczny w oddali szpital miejski. Moja matka dotarła niemal w ostatniej chwili. Od pierwszego skurczu poród trwał zaledwie trzy godziny, bo w tym dniu i przez całą resztę mojego życia byłam w pełni gotowa. A “w pełni” stało się mottem mojego życia. 

    Mój ojciec tak bardzo ucieszył się z mojego przyjścia na świat, że w środku zimowej nocy, przedzierając się przez głęboki śnieg wtargnął na posesję miejscowej kwiaciarki. Psy pozbawiły go nogawek spodni a kwiaciarka była zdecydowana dzwonić po milicję, ale podobno głośno krzyczał, “mam córkę pani Jadziu!!!”, co brzmiało nieco inaczej niż “to jest napad!!!” 😉 

    Bez nogawek, ale z bukietem i życzeniami dla mnie i mamy wrócił pod szpital, gdzie mógł nacieszyć oko moim widokiem. Przez okno na pierwszym piętrze położna przycisnęła zawiniątko do szyby, więc moją urodę mógł ocenić dopiero w domu. 

    Myślę, że moje narodziny były jednym z niewielu pięknych momentów w historii ich burzliwego małżeństwa. 

    Rodzice, ja i moi dwaj bracia mieszkaliśmy w domu moich pradziadków, nasze mieszkania miały oddzielne wejścia, ale zawsze mogłam ich odwiedzić, bo drzwi były stale otwarte.  Pradziadek strzelisty jak miejscowa sosna z mlecznobiałym wąsem, który podkręcał niespiesznie pykając z fajeczki, wprowadził mnie w świat natury. To z nim sadziłam fasolkę szparagową i wyrywałam marchew prosto z ziemi, wycierałam o spódniczkę i jadłam (o zgrozo) nie umytą. Razem z nim opiekowałam się małą chorą owieczką, którą zabrał od kogoś kto nie chciał jej leczyć. Od niego dostałam kurę, której czytałam codziennie na ławeczce, a ona zaglądała mi przez ramię przytulona i cicho gdacząca. Pochowaliśmy ją pod wiśnią, która rosła na podwórzu. Pokazywał mi gniazda ptaków, nazywał owady. W pobliskiej rzeczce łowiłam słoikiem rybki, raki i inne stworzenia, przynosiłam do pradziadka a on opowiadał o nich tyle ile wiedział. A wiedział wystarczająco dużo, aby obudzić we mnie bezgraniczną miłość i szacunek dla natury. To dzięki niemu zawsze czułam się częścią świata, nie lepsza i nie gorsza od pasikonika. Bo i ja i pasikonik zajmowaliśmy zdaniem dziadka należne sobie miejsce w świecie. 

    Kiedy miałam może pięć lat, po raz pierwszy postanowiłam uciec z domu. Przeszłam może kilkaset metrów, kiedy zobaczyłam przy tzw. Czarnej drodze słup, a na nim gniazdo bocianów i dwójkę młodych. Chciałam koniecznie zobaczyć, jak jedzą. Wspięłam się więc na drzewo po przeciwnej stronie drogi, bo były to czasy, kiedy naturalnym dla dzieci było chodzenie po drzewach i wiszenie głową w dół na trzepaku. Usiadłam na grubym konarze i mogłam obserwować do woli. Rodzice przynosili do gniazda głównie myszy, więc czekałam na żaby. Spędziłam na drzewie kilka godzin, byłam głodna, zmęczona i spragniona. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak ucieknę jutro i lepiej się przygotuję do drogi.  

    Miałam nadzieję, że ojca nie będzie. Niestety był. Otworzył mi drzwi, zapytał, gdzie byłam, powiedział, że od dawna wszyscy mnie szukali. Opowiedziałam o bocianach, ale nie wspomniałam o ucieczce. Wysłuchał ze spokojem a potem kazał mi się położyć na krześle. Nie chciałam. Rzucił mnie na krzesło i przytrzymując jedną ręką próbował trafić w moją pupę plastikową skakanką. Wyrywałam się i wrzeszczałam a im bardziej wierzgałam tym większą furię w nim wzbudzałam. Krzyczał na mnie, że jego to bardziej boli, kiedy musi bić własną córkę, że gdybym była grzeczna nie musiałby tak cierpieć. Wierzyłam, że tak jest, bo przecież to musiała być prawda, ja nie potrafiłam nikogo uderzyć, bo sama myśl, że to zrobiłoby komuś krzywdę była dla mnie zwyczajnie straszna. Miałam piekące pręgi na plecach, rękach i udach, ale na pupie zadziwiająco mało. Kiedy stwierdził, że już zostałam zdyscyplinowana zawołał mojego o dwa lata starszego brata. Powiedział, że również jego musi ukarać, bo pozwolił mi wyjść za furtkę. Mój brat sam położył się na krześle. Przyjął razy nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zapłakana i zasmarkana patrzyłam na brata, wydawało się jakby go tam nie było. Jakby był w zupełnie innym miejscu. Był moim bohaterem, niedoścignionym wzorem. Ja zawsze się darłam i wyrywałam i miałam poczucie winy, że jestem słaba, że nie mam charakteru, nie potrafię przyjąć kary z godnością i że to wszystko co się stało działo się przeze mnie. Wiele lat później zobaczyłam, że było odwrotnie. Ja walczyłam, walczyłam w pełni, całą sobą a mój brat został złamany już na samym początku. Ja potrafiłam znaleźć siłę, żeby w pełni wybaczyć a on uciekł, schował się w swoim świecie – zachorował na schizofrenię. To było pierwsze lanie, które pamiętam, było ich wiele. Wszystkie podobne, uznawałam wtedy, że to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. Kiedy czytałam mój życiorys na terapii grupowej dla współuzależnionych, żony alkoholików, które widziały nie jedno płakały, a ja nie rozumiałam, dlaczego? Przecież to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. 

    Później w trakcie terapii przypomniało mi się ostatnie lanie, ale to już jest zupełnie inna bajka, więc opowiem o nim innym razem.