W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: przemoc domowa

  • 82.7. Aris – pies, który musiał zniknąć 

    Kiedy następnego dnia wróciłam ze szkoły przywitała mnie cisza. Aris zwykle robił z mojego powrotu do domu wielką sensację. Cieszył się tak bardzo jakbyśmy nie widzieli się tygodniami. A to było zaledwie kilka godzin. 

    Tym razem przywitała mnie przejmująca jak wycie syreny alarmowej CISZA.  

    Arisa nie było w domu.  

    Nie było jego posłania, jego misek ani smyczy, która zawsze wisiała w przedpokoju. 

    Bardzo się bałam, ale miałam jeszcze nadzieję, że może ktoś zabrał go na spacer. Choć tylko ja się tym zajmowałam.  

    Kiedy ojciec wrócił do domu opowiedział mi historię, którą opowiadałam później przez całe moje życie. Historię romantyczną. Heroiczną. I – dziś to wiem – nieprawdziwą. Taką, w którą zmuszona byłam uwierzyć. To właśnie ta opowieść leżała u podstaw przekonań, które później prowadziły mnie przez życie i wpłynęły na wiele podejmowanych przeze mnie decyzji. 

    Podobno, kiedy tylko mój ojciec spostrzegł, na jak mądrego i oddanego obrońcę wychowałam Arisa postanowił, oddać go swojemu koledze z pracy. Mężczyzna miał bowiem niepełnosprawnego intelektualnie, kilkuletniego syna, którym pomiatały inne dzieci we wsi i który bardzo cierpiał z tego powodu. Ojciec chłopca skarżył się współpracownikom przy śniadaniu na trudny los potomka i wtedy mój ojciec wpadł na genialny pomysł: odda Arisa. Jego córka potrafi wychować każdego psa, wychowa więc sobie kolejnego. A ten posłuży jako obrońca biednemu chłopcu. Ojciec zaraz po śniadaniu zwolnił się z pracy, przyszedł po psa i razem z kolegą pojechał do jego domu. Aris od razu wiedział co robić. Podszedł do tego właśnie chłopca jakby wyczuł, że potrzebuje ochrony. Chłopiec trzymając psa za ucho przechadzał się po wiosce przez nikogo nie zaczepiany. Mój dar do wychowywania psów uratował życie nieszczęśliwego dziecka, które wystarczająco przecież było ukarane przez los swoim kalectwem. Jestem wrażliwa na los innych, więc powinnam pochwalić decyzję, którą podjął. Powinnam być z siebie dumna. Powinnam być szczęśliwa. Dostanę przecież nowego psa.  

    Tylko że to wszystko gówno prawda.  

    Nie wiem co zrobił z MOIM psem. Z moim przyjacielem. Jedyną istotą, która kiedykolwiek miała odwagę stanąć w mojej obronie. 

    Ten szczeniak nie negocjował, nie tłumaczył ojca. Nie mówił „tato miał zły dzień w pracy”.

    Stanął przed agresorem i powiedział  

    -TU JEST GRANICA.

    SZCZENIAK.

    Takiej granicy nie postawiła moja matka, ani sąsiedzi, którzy słyszeli krzyki. Nie zrobili nic nauczyciele, którzy widzieli siniaki na moim ciele. Członkowie dalszej rodziny, którzy wiedzieli co się dzieje w naszym domu, mówili tylko czasem „nie możecie denerwować taty.”  Nikt nigdy zła nie nazwał złem… aż do wtedy. 

    Pies więc musiał zniknąć.  

    A we mnie wytworzyły się przekonania, które później kierowały całym moim życiem.  

    Po pierwsze, jeśli ktoś cię naprawdę pokocha będzie musiał odejść.  

    Po drugie, jeśli ktoś stanie w twojej obronie – zniknie.  

    Po trzecie nawet dziecko, którego nie widziałaś nigdy na oczy i nigdy wcześniej o nim nie słyszałaś – jest ważniejsze od ciebie. 

    Rozumiem dziś co kierowało moim ojcem, ale jeszcze nie potrafię wybaczyć. 

    Bo to nie było tylko odebranie psa. 

    Dla tej małej dziewczynki to był koniec świata. 

  • 82.6. Aris – ballada o miłości 

    Miałam trzynaście lat. Wracając do domu, w zaspie śnieżnej obok mojej klatki usłyszałam cichy pisk. Zajrzałam do niewielkiego otworu w śniegu i zobaczyłam… pyszczek. Mokry, trzęsący się szczeniak patrzył na mnie niebieskimi jeszcze oczami. Wyciągnęłam kulkę ze śniegu i rozglądałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógł to szczenię zgubić. Nikogo nie było. Wzięłam dzieciaka do domu. Był sporej wielkości, zapchloną, ale całkiem tłuściutką kluską.

    Wykąpałam biedaka i pierwszy raz zszokowała mnie nie tylko ilość pcheł, ale też to, ile krwi upuszczają te stworzenia z żywiciela. Woda w misce była czerwona od pozostałości przetworzonej przez insekty krwi.

    Przygarnęłam psie dziecko, a ono przygarnęło mnie.

    Tworzyliśmy duet doskonały. Aris był czystą miłością. Kiedy zasypiał, lubiłam obserwować, jak wtulony we mnie spokojnie oddycha. Czasem pochrapywał lub popiskiwał przez sen, a kiedy kładłam na nim dłoń, natychmiast się uspokajał. Bardzo potrzebował dotyku. Kiedy robiłam coś siedząc, leżał obok mnie z pyszczkiem na moich stopach. Kiedy spacerowaliśmy, zwykle szedł przy nodze, niemal ocierając się o mnie jak kot.

    Chciałam, żeby nosił imię po największym z największych. Wybrałam boga wojny, bo pies rósł jak na drożdżach, a jego łapa zapowiadała, że będzie spektakularnych rozmiarów. Wybrałam boga wojny, ale nie byłam szczególnie doedukowana i w myśl „coś tam słyszałam, coś tam zmyśliłam” przekręciłam imię i tak Ares został Arisem.

    Miałam w moim długim życiu wiele psów, ale nigdy tak inteligentnego i kompatybilnego ze mną zarazem. Ten pies czytał niemal w moich myślach. Był niezwykle zrównoważony i skupiony na mnie i moich stanach emocjonalnych. Jakbyśmy dopiero razem stanowili całość.

    Byliśmy nierozłączni. Razem spaliśmy, jedliśmy, z nim wychodziłam na dwór, robiłam zakupy, sprzątałam i gotowałam. Był jedyną istotą, przy której czułam się bezwarunkowo kochana i którą ja kochałam czystą miłością.

    Z czasem okazało się, że Aris jest sznaucerem olbrzymem. Uszy nie odpowiadały wzorcowi rasy, sterczały w górze i były wielkie jak u nietoperza. Kiedy do niego mówiłam, a opowiadałam mu o wszystkim, uszy poruszały się w zabawny sposób, jakby chciał mi w ten sposób powiedzieć: „słucham cię z uwagą”. Trudno było zachować powagę na ten widok. Wtedy, w latach 80., kopiowano uszy i obcinano ogony sznaucerom. Mój sznaucer miał długi ogon, wesoło majtający na boki i klasyczne umaszczenie pieprz i sól. Był doskonały.

    Kiedy miał około 5 miesięcy, przywiązałam go pod sklepem spożywczym i weszłam do środka. Stałam w kolejce, zastanawiając się, co wybrać na śniadanie dla rodziny, kiedy otworzyły się drzwi i wolno wszedł Aris, bez obroży, z krwawiącym uchem i wieloma zadrapaniami. Usiadł obok mnie, jakby nic się nie stało. Kobieta, która wpuściła go do sklepu, powiedziała mi, że jakiś mężczyzna próbował wciągnąć psa do autobusu, ale pies wyswobodził głowę z kolczatki i pobiegł do sklepu, więc otworzyła mu drzwi.

    Wróciłam wtedy do domu i nie mogłam powstrzymać drżenia. Pamiętam, że nawet zęby uderzały mi wtedy o siebie tak, że nie mogłam spokojnie powiedzieć, co się stało. Już nigdy nie założyłam Arisowi smyczy. Nie była mu zresztą potrzebna, bo nie odstępował mnie na krok.

    Kiedy Aris miał około pół roku, był już wielkości suczki owczarka niemieckiego sąsiada, był wielkim psim przyjacielem. Czujnym, rozsądnym i kochającym. Kiedy odrabiałam lekcje, siedział pod biurkiem i trzymając pysk na moich kolanach, stękał i wzdychał, żując pluszową papugę. Nie mógł się doczekać, kiedy mu ją w końcu rzucę i będzie mógł udawać, że jej nie widzi, przebiegając nad nią z podniesioną wysoko głową, aż w końcu spuszczał na nią wzrok, rzucał się na nią z radością i przynosił z triumfem, machając ogonem.

    Któregoś dnia mój ojciec wrócił z pracy nie w humorze i chciał mnie uderzyć. W furii, z zaciśniętymi pięściami, ruszył w moim kierunku, ale zatrzymał się w pół kroku. Między mną a nim wyrósł Aris. Wszystko zadziało się w ułamku chwili. Warcząc, obnażył kły i całą postawą ciała pokazał, że to nie są negocjacje. To ostatnie ostrzeżenie. Nie było w tej postawie wahania. Był zdecydowany mnie bronić bez względu na wszystko.

    Ojciec natychmiast się wycofał. Nie uderzył mnie wtedy, a w przyszłości zrobił to jeszcze tylko raz. Leżałam później z Arisem i dziękowałam mu za to bez słowa, przytulając do siebie mocno te 20 kilogramów serca.

    Następnego dnia po tym wydarzeniu Aris zniknął.

  • 62. Czuję, że się topię – sen o próbie zrozumienia cudzego świata 

    26/27.01.2026 

    Pamiętam urywki.  

    Leżałam chyba nawet na podłodze, obejmował mnie od tyłu mężczyzna. Nie wiem, czy byłam sobą czy moją koleżanką, ale ten mężczyzna był jej partnerem (który się nad nią znęcał fizycznie i psychicznie w realnym życiu). Wiedziałam, że nie powinno go tu być, że nagle wrócił, bałam się go i chciałam się od niego uwolnić.  

    Udawałam, że śpię i zaczęłam się wiercić. Przesuwałam się po podłodze tak, żeby się wyślizgnąć z jego ramion. To trwało i trwało, bo on też się przesuwał. Udało mi się w końcu.  

    Wszedł jego ojciec (w ich awanturach w realu był ratownikiem i rozjemcą) prowadziliśmy w trójkę spokojną rozmowę. Ustaliliśmy, że mężczyzna ma już inną partnerkę i powinien opuścić moją przestrzeń.  

    Leżałam w wannie (ale to też nie byłam ja, obserwowałam siebie z boku) byłam słaba, ześlizgiwałam się pod wodę, była ze mną w wannie kobieta, widziała, że mogę się utopić, ale nie chciała pomóc. Domyśliłam się, że to nowa kobieta mężczyzny z poprzedniej sceny. Obserwowała, jak zanurzam się pod wodę, czekała. Nie wiem czy jednak pomogła, czy sama wyszłam, ale do końca snu czułam się zagrożona.  

    Z kobietą z wanny postanowiłam odwiedzić rodziców tego mężczyzny. Kiedy zbliżyliśmy się do domu (w śródziemnomorskim stylu) podeszłam do drzwi i odmówiłam wejścia do środka. Powiedziałam, że najpierw chcę zobaczyć morze.  

    Podeszłam do dużych kamieni ułożonych kilka metrów przed krawędzią klifu i patrzyłam na morze. Kobieta, z którą byłam chciała żebyśmy podeszły bliżej brzegu. Odmówiłam, nie ufałam jej.  

    Z domu za nami wyszedł ojciec mężczyzny. Powiedział, że niezwykle dobrze trafiłyśmy, bo jest zima a jest dziś bardzo ciepło. Faktycznie było to bardziej wiosenne lub nawet letnie późne popołudnie.  

    Mam koleżankę, która przez wiele lat tkwiła w przemocowym związku. Dzieci nie były tam bezpośrednimi ofiarami, ale świadkami przemocy, jakiej dopuszczał się ojciec wobec matki – a to również jest przemoc wobec dziecka. Para rozstała się, ale opieka nad dziećmi nie została jeszcze uregulowana prawnie, wobec czego mężczyzna pojawiał się w ich życiu regularnie. 

    W dniu poprzedzającym sen koleżanka przyprowadziła płaczące dziecko na moje zajęcia grupowe. Zanim weszły, długo je uspokajała. Nie miałam możliwości porozmawiania z nią ani bezpośredniego wsparcia ich obu, bo sala była pełna dzieci. 

    Kiedy matka wyszła, a dziewczynka dostała kakao w kubku, który sama mogła wybrać (u mnie każdy jest inny), była już rozluźniona, wesoła i pracowała z innymi dziećmi. 

    Po zajęciach przyszedł po nią dziadek, ojciec tego mężczyzny. Nie wiedziałam więc, co się stało, ale zaniepokoiła mnie ta sytuacja, a sen postanowił zrobić swoje… 

    Poczułam w nim dokładnie to, co miałam poczuć.