W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: przejście

  • 66. NAMASTE – sen o pożegnaniu. 

    16/17.02.2026 

    Byłam w mojej kamienicy na parterze. Słyszałam sąsiadów, którzy się kłócą, czy może raczej jednego sąsiada, który na kogoś krzyczy. Myślę nawet, że to była piwnica, nie parter, ale nie mam pewności. Ten krzyczący sąsiad to stary ubek, który ciągle się awanturuje i wszystkich dookoła zastrasza, więc w ogóle mnie to nie zdziwiło. 

    Weszłam na górę. Przy moich drzwiach spotkałam sprzątaczkę. Zamiatał jednak jakiś młody chłopiec, wyglądał, jakby się przyuczał. Zaprosiłam ich do siebie, chciałam zrobić im kawę. Ale nie mogłam znaleźć odpowiednich filiżanek, bo nie chciałam podawać im kawy w byle jakich. Chciałam podać ją w takich wyjątkowo ładnych. Szukałam, czy nie ma takich, które nie są ani w zmywarce, ani w szafce, tylko gdzieś sobie stoją zapomniane, bo te w szafce i zmywarce były beznadziejne. 

    Te poszukiwania strasznie długo trwały i trochę byłam zdenerwowana, że każę im czekać. A oni w międzyczasie sprzątali. To ciekawe, bo ta pani nie sprząta u mnie (nie zatrudniam sprzątaczki), tylko na klatce schodowej. 

    Szukając, weszłam do jakiegoś pokoju. To było bardzo dziwne miejsce, trochę jak zrobione z kamienia (grota?) czy z jakiejś starej cegły. Bez okien, pełno tam było kurzu i pajęczyn. Przyczepiła się do mnie pajęczyna. Zwinęłam ją w kulkę, rzuciłam z obrzydzeniem na ziemię, a pajęczynowa kulka sobie poszła, zahaczając o podłogę cienką nogą i czołgając się, czyli w środku był pająk. To było straszne. Ja bardzo nie lubię pająków. 

    Wyszłam stamtąd. Nie jestem pewna, czy właśnie w tym pomieszczeniu, ale udało mi się znaleźć filiżanki i w końcu podałam im kawę. Chłopiec sam znalazł sobie kubek. Nie byłam zadowolona, że wybrał właśnie ten. Był brzydki, krzykliwy i trochę infantylny, ale nie sprzeczałam się. 

    Sprzątałam… Była tam szyba w otwieranej komodzie. Szyba była całkowicie zamglona. Ściągnęłam z niej coś, co pokrywało ją w całości, też rodzaj pajęczyny czy czegoś takiego… To była dosłownie tafla przylegająca do szkła. Ściągnęłam ją w całości. Trochę mi było wstyd, że mam taki bałagan. 

    Przyszedł chłopak. Nie wiem do końca, kto to był, nie będę wymyślać, ale chciał, żebym zapisała go do fryzjera, którego podobno znam osobiście. Tak naprawdę nie znałam go osobiście, znałam jedynie kobietę fryzjerkę, która u niego pracuje. Obiecałam jednak pomóc i powiedziałam, że go zapiszę. 

    Bardzo się śpieszyłam, bo było tuż przed zamknięciem. Blisko mojego domu jest budynek przychodni. Zamiast iść dookoła, chciałam przejść tak, jakbym poruszała się palcem po mapie w linii prostej. Żeby dotrzeć do salonu fryzjerskiego, musiałam przejść przez ten budynek. Wspięłam się i szłam po dachu. Nagle zrobiło się stromo. Pomyślałam, że to nie jest bezpieczne, i zdecydowałam, że jednak nie będę szła górą. Postanowiłam wejść do budynku drzwiami, które zauważyłam pod dachem. Wystarczyło zeskoczyć, nie było wysoko. 

    Zeskoczyłam, weszłam do przychodni i nagle przybiegło do mnie kilka osób. Same kobiety: dwie panie doktor, które znam z tej przychodni, jakieś pielęgniarki. Chyba wszyscy pracownicy do mnie przybiegli, bo okazało się, że włączył się jakiś alarm. To ja go uruchomiłam i wszyscy przyszli zobaczyć, co wydarzyło się na dachu. Próbowali się dowiedzieć, bo mnie znają, co mi strzeliło do głowy, żeby chodzić po dachu. 

    Powiedziałam im, że mój brat zmarł wczorajszej nocy (to niestety prawda) i jego przyjaciel chciał koniecznie do fryzjera, więc chciałam go zapisać i zdążyć przed zamknięciem, ale… chyba już nie zdążyłam. 

    Zabrały mnie do pokoju socjalnego. Rozmawiałyśmy ze sobą tak normalnie, zwyczajnie. Czułam się zaopiekowana. Okazało się, że jest to dosyć duży gmach i znajdują się tam różne olbrzymie sale. 

    Weszłam do jednej z nich i zobaczyłam kwiat w donicy, ale nie było jeszcze widać w pełni rozkwitniętego kwiatostanu, jakby skrzydłokwiatu. Widać było tylko nitki podobne do tych, które okalają na przykład kolbę kukurydzy. Było to niesamowite, bo jak na filmie poklatkowym mogłam obserwować, jak niezwykła roślina rośnie. Kwiat zdawał się tańczyć w charakterystyczny sposób. 

    Nitki zaczęły falować. Były dosyć długie, a cały kwiat był znacznie większy niż mógłby być w rzeczywistości. Nitki miały może ze trzydzieści centymetrów długości. Zaczęły się składać i rozkładać jak poruszający się płomyk. Następnie podzieliły się na trzy części. W środku była większa, tańcząca łezka z nitek, a po bokach dwie mniejsze. Te boczne wyglądały jak rączki. 

    Kwiat nagle zaczął składać te rączki w geście NAMASTE. Poruszał się tak, jakby się kłaniał. 

    Pamiętam, że zwróciłam czyjąś uwagę na ten moment i powiedziałam, że to jest wyjątkowy czas, bo możemy właśnie teraz obserwować, jak ta niezwykła roślina rośnie. Byłam wzruszona i zachwycona, że mogę uczestniczyć w tym pięknym procesie. 

    Wróciłam do kobiet, które się mną zaopiekowały, i rozmawiałam z nimi jeszcze przez chwilę. To był czas, kiedy miały już iść do domów. Ich zmiana właśnie się zakończyła. Zaczęli pojawiać się mężczyźni. Przebierali się w ubrania do pracy. 

    Jeden z mężczyzn wyszedł z przebieralni w cienkim dresie. Jego męskość odciskała się pod materiałem. Była ogromna, wręcz monstrualna, grubsza niż przedramię dobrze zbudowanego mężczyzny, z wyraźnie zaznaczonym żołędziem. Pomyślałam, że taki rozmiar musi być kłopotliwy pod każdym względem. 

    Chciałam już iść do domu, ale pragnęłam jeszcze raz zobaczyć ten nieprawdopodobny kwiat. Niestety nie mogłam już znaleźć tej sali. 

    Kiedy wracam myślami do czasu bezpośrednio po śmierci brata, zaskakuje mnie to, że czułam spokój. Pierwszego dnia życie płynęło normalnie, jakby wiadomość o tragedii w ogóle do mnie nie dotarła. Byłam cichsza, bardziej skupiona niż zwykle, ale wykonywałam wszystkie swoje obowiązki bez trudności. 

    Zaskakujące było jedno… Nie mogłam wypowiedzieć słów kluczy: śmierć, brat, pogrzeb. Pamiętam, że kiedy wyjaśniałam, dlaczego muszę zamknąć firmę na jeden dzień, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Jakby te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Było to niemal fizyczne odczucie blokady. 

    Wyjaśnić musiałam, więc zrobiłam to za pomocą rebusu: „podróż bez możliwości powrotu” i „nie siostra”. To wystarczyło. Przyjaciółka zrozumiała i pomogła mi w wielu kwestiach. 

    Kiedy jednak musiałam powiększyć zdjęcie brata w zaprzyjaźnionym zakładzie poligraficznym, całkowicie się rozsypałam. Tu rebusy już nie wystarczyły, bo musiałam doprecyzować, czego potrzebuję, a zdjęcie miało pasować do ramy o konkretnych wymiarach. Kobiety pracujące w tym miejscu otoczyły mnie opieką. Nie znałyśmy się na tyle, a jednak tuliły mnie do siebie na zmianę, a zdjęcia dostałam za darmo. Nie chciały przyjąć zapłaty. 

    Wiele osób, nienależących do rodziny, okazało mi troskę i wsparcie. Wieńce od znajomej kwiaciarki – niemal po kosztach. Obiad na stypę z olbrzymią zniżką. Miejsca parkingowe dla moich gości zabezpieczył portier z budynku, w którym wynajmuję lokal. Jedna z mam moich zawodowych dzieci, nieproszona, zapłaciła za wszystkie zajęcia do końca roku szkolnego. To nie były puste wyrazy współczucia. To było realne, praktyczne wsparcie. Dzięki niemu udało mi się zorganizować wszystko, co było potrzebne, aby godnie pożegnać brata. 

    W samotności płakałam oczywiście niemal bez przerwy, ale nie było w tym niezgody. Choć brat był młodszy ode mnie o pięć lat, miał trójkę dzieci i nie zdążył na przeszczep serca. Nowe serce spóźniło się zaledwie o kilka dni. Była we mnie niezrozumiała akceptacja i silne przekonanie, że tak miało być. Pozwalałam sobie na płacz, na żałobę, na rozpacz i wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Że jest to naturalne. Przy ludziach jednak wystarczyło nie używać słów kluczy i… robiłam swoje. Moja rozpacz nie ciążyła na cudzym życiu. 

    A sen… Wiedziałam wówczas, że mój brat jest już w lepszym miejscu, ale jeszcze nie docelowym. Myślałam o tym jak o momencie przejścia i zastanawiałam się, czy sen był jedynie pięknym, symbolicznym pożegnaniem. Czy może czymś więcej? Bo NAMASTE jest uznaniem boskiego pierwiastka w drugim człowieku a ja widziałam przecież to, co po drugiej stronie. Co prawda była to jedynie wizja z hipnozy regresyjnej, ale zapisała się we mnie tak silnie, że wiem, że niesiemy w sobie światło.  

    Od tamtej pory, ilekroć z miłością składam pokłon drugiemu człowiekowi, mam poczucie, że cały wszechświat rozpala się świetlistymi nićmi.  

    I taki pokłon składam dziś mojemu bratu. 

  • 22. HIPNOZA REGRESYJNA III — Światło (20.07.2025)

    8. 

    Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.  

    Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać. 

    9. 

    Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.  

    Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.  

    10. 

    A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz. 

    11. 

    Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.  

    12. 

    Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE. 

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością.