W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: proces

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 27. SAMA 

    Koniec września, październik i pierwsze dni listopada, to w normalnych warunkach napisałabym – ciemność, ale to nie byłaby prawda. Po zderzeniu z chorobą alkoholową męża – ciemność, po rozstaniu z mężem – ciemność. W wielu innych kryzysowych sytuacjach – ciemność. Tutaj było zupełnie inaczej. Czułam rozpacz, smutek, tęsknotę, okresowe wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Fizycznie czułam jakbym miała pustą przestrzeń po prawej stronie pleców w okolicy dolnej części łopatki, nazywałam to “wyrwą”. Bardzo nieprzyjemne i bardzo cielesne wrażenie braku. A jednak wciąż wracała myśl, że teraz muszę SAMA. MUSZĘ. Miałam pewność, że to wszystko jest po coś, że gdyby był przy mnie “uwiesiłabym się na nim”. Że to na nim budowałabym to co muszę SAMA. Tylko, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że to proces a katalizator, który wykonuje świętą pracę nie idzie ze mną dalej. Ale zanim do tego doszłam… 

    To wszystko było dziwne i dlatego wkroczyła racjonalizacja i psychologizowanie. Bo to przecież potrafię. I szukałam przyczyn w stylach przywiązania, niedojrzałości emocjonalnej, doszukiwałam się na siłę oznak zaburzeń osobowości, uzależnienia od duchowości, duchowego eskapizmu i wiele, naprawdę wiele znalazłam. Jak student trzeciego roku psychologii, który widzi w sobie lub innych wszystkie objawy zaburzeń o których czyta.  Jeśli szukasz to znajdziesz. Nie wiedziałam wtedy, że to nie ma znaczenia. Czułam wielką potrzebę udowodnienia sobie, że nie warto, że się pomyliłam, że to nie ON.  

    Tylko że, tak naprawdę nie to było celem tej relacji. Bo celem, od samego początku była moja transformacja. I nie wiem, dlaczego, (bo szkiełko i oko drżą w tej chwili z oburzenia) ale czuję, że to ma głębszy sens i nadal pomimo upływu czasu czuję jakiś rodzaj silnego połączenia. W każdym razie, na poziomie psychologii udowodniłam sobie, że rozstanie było błogosławieństwem. Wszystko po to, żeby nie przeżywać. Bo nie warto. Ot, kolejny toksyk. I wtedy przeczytałam sen, który Darek zamieścił w sieci. Sen, który był kontynuacją dwóch moich poprzednich snów, tylko widzianych z jego perspektywy. Nigdy nikomu nie mówiłam co śniłam. Nie mógł o tym wiedzieć, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. A jednak śnił to co ja, tylko swoją wersję mojej historii.  I runął mur, który zbudowałam z mechanizmów obronnych, mur chroniący mnie przed rozpaczą. Bo teraz miałam pewność, że jesteśmy połączeni. Nie lubię tej duchowej nowomowy o bliźniaczych płomieniach, wyskakują z instagrama opakowane w piękne obrazki jak lizaki w kolorową folię. Nie nazwę więc tej relacji, ale wiem jedno, ona nie była przypadkiem. Dla mnie była wszystkim co dobre i piękne, nie wiem czym była dla niego. Darek jest szamanem, od kilkunastu lat na ścieżce duchowej wiedział więc o czym mówi, a mówił mi o procesie, o tym, że muszę iść dalej, że nie mogę zostać. Mówił to z czułością przytulając mnie mocno. Mówił mi o tym, ale nie chciałam słyszeć. Bo jak to? Miał pomóc otworzyć mi drzwi i zostać w progu patrząc jak przechodzę? Nie było we mnie na to zgody. A jednak odeszłam, pomimo cierpienia. Musiałam chociaż nie rozumiałam czemu. 

    Teraz już wiedziałam i pozwoliłam sobie na wszystko. Pozwoliłam sobie na żałobę, na rozpacz, tęsknotę. Nie udawałam już, że nie kocham. Objęłam siebie z czułością i dałam sobie prawo do cierpienia. Idąc na spacer z psem drogą przy mojej ulubionej rzece zaczęłam płakać, łzy płynęły mi po twarzy, założyłam wtedy okulary przeciwsłoneczne i pomyślałam, że łzy są ok, niech płyną. I osuwałam się powoli w ciszę jak płaski kamyk położony na powierzchni wody, spadałam wolno kołysząc się lekko na samo dno. Czułam spokój, bo byłam pewna, że idę dobrą drogą, że muszę SAMA i nie podważałam już nigdy więcej wagi tej pięknej relacji.  

    A cisza była błogosławieństwem, bo w niej nareszcie  spotkałam siebie.

  • 13. Czułość. Sen o ratowaniu. 

    Raczej nie jestem osobą skłonną do bliskiego kontaktu i zażyłości z ludźmi, nawet z najbliższymi, tylko moje dziecko było przytulane i całowane zupełnie naturalnie. Mój były mąż bliskość automatycznie wiązał z seksem. Ojciec nie był czuły a kontakt fizyczny kojarzył mi się jedynie z przemocą z jego strony. Matka czułość okazywała międląc moje ucho, co mnie tylko denerwowało, więc unikałam tego jak tylko mogłam. Z zasady więc nie dotykam ludzi, chyba, że oni wyjdą z tym pierwsi. Moje zawodowe dzieci często chcą się przytulać, z tym nie mam problemu, bo to dzieci. A dzieci mają wielką potrzebę przytulania ludzi, których uznają za ważnych. Czuję się więc zaszczycona i z radością przytulam.  

    Kiedyś Darek zorganizował dla moich zawodowych dzieci specjalną imprezę, zaproszeni byli też rodzice.  Miało mnie tam nie być, choć byłam zaproszona (nie chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu, uważałam, że to rodzice powinni byli tam być ze swoimi pociechami, nie chciałam zakłócać tego spotkania moją obecnością, była to pierwsza okazja, kiedy udało się zaangażować rodziców w życie naszej małej społeczności) ale nie miał kto przyprowadzić chłopca z domu dziecka, więc musiałam jednak być obecna. Wydarzenie było przepięknym świętem dla moich dzieci. Cudowne kakao, pyszne ciasto i zabawa bez granic. Patrzyłam na radość moich podopiecznych, na uśmiechnięte twarze rodziców. Byłam Darkowi bezgranicznie wdzięczna. Kiedy wszyscy już wyszli podeszłam do Darka, żeby mu podziękować i spontanicznie, zupełnie naturalnie go przytuliłam. Zdarzało mi się już przytulać ludzi w podobnych sytuacjach, to taki towarzyski gest “dziękuję”, absolutnie nic osobistego. W tym wypadku było inaczej. Darek przytulił mnie w bardzo czuły i absolutnie nieprzekraczający sposób, dotykając jednocześnie policzkiem mojego policzka. Poczułam ciepło, co ja mówię… gorąco na mojej twarzy. Jego policzek był bardzo ciepły i miałam dziwne uczucie jakby to ciepło we mnie wniknęło i pozostało. Kiedy tylko pomyślałam o tej chwili, przez dobre dwa tygodnie czułam ciepło na policzku i … byłam tak bardzo pogubiona. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Otworzyła się we mnie dzięki temu wydarzeniu, jakaś bardzo długo zamknięta część. Pojawiło się we mnie nieoczekiwanie miejsce na bezpieczną czułość w relacji z mężczyzną. To było coś OGROMNEGO. Nie byłam wtedy na to gotowa, ale otworzyło to swego rodzaju “kanał czułości”, który dojrzewał we mnie przez najbliższy rok. A ciepło rosło i stawało się powoli naturalne i bezpieczne. Kilka tygodni po tym wydarzeniu  przyszedł sen: 

     Sen o ratowaniu Darka, lipiec 2024 

    Przechodziłam obok firmy Darka. Może chciałam iść do pobliskiego zakładu usługowego, nie pamiętam. W każdym razie nie planowałam wejść do środka. Po prostu przechodziłam obok. Zaniepokoiły mnie jednak jakieś dziwne hałasy, podniesione głosy, dźwięki jakby uderzania ciężkimi przedmiotami. Było to bardzo niepokojące. Weszłam do środka i zobaczyłam go. Stał pośrodku największego z pomieszczeń i chwiał się na nogach. Nie miał siły zrobić nawet jednego kroku. Podbiegłam i przytrzymałam go w ostatniej chwili. Próbowałam zaprowadzić go do łóżka. Do firmy przylegało mieszkanie, wyglądało na “służbowe”. Bardzo surowe w wystroju, ale było bezpiecznym miejscem. Darek był bardzo ciężki i bez przerwy mnie za to przepraszał. Byli tam też dwaj  mężczyźni,  współpracownicy Darka. Jednego z nich poznałam osobiście i bardzo polubiłam w realnym życiu, drugiego widziałam tylko raz, kiedyś w przelocie. Ten drugi w śnie był bardzo agresywny, wrzeszczał na Darka “masz natychmiast wracać”, “w dupie mam, jak się czujesz” i inne w tym stylu mocno okraszone przekleństwami. Chciał nas zatrzymać siłą. Ten Pierwszy próbował go odciągnąć, szarpali się, przewracali sprzęty, na podłogę spadały elementy wyposażenia bardzo charakterystyczne dla tego miejsca. Zapytałam Pierwszego czy uda mu się ustawić z tych sprzętów mur, który nas ochroni? Musiałam obiecać, że dopilnuję, żeby Darek wrócił. Skłamałam wtedy z premedytacją, że TAK. Ale nie miałam zamiaru obiecywać za niego. Pomógł mi przeprowadzić Darka budując mur. Temu Drugiemu wydałam jakieś absurdalne dyspozycje, żeby odwrócić jego uwagę od Pierwszego. Przeszliśmy. Zatrzasnęłam drzwi i ułożyłam Darka na łóżku. Było cicho i spokojnie. Klęczałam obok jego łóżka. Pocałowałam go w czoło i gładziłam włosy a on mamrotał wciąż, że jesteś ciężki i że przeprasza. Miałam wrażenie, że już śpi, kiedy to mówi. Upewniłam się, że śpi i dopiero wtedy się rozpłakałam. 

    Kiedy nasze policzki się spotkały, mój układ nerwowy dostał coś, czego wcześniej nie znał. 
    Doświadczenie, że kontakt z mężczyzną może być ciepły, delikatny, czuły, nieprzemocowy i niewymagający. 
    Może być BEZPIECZNY. 

    Nigdy nie powiedziałam Darkowi, co wtedy poczułam, a mimo wszystko rok później CZUŁOŚĆ była głównym uczuciem, z jakim kojarzyłam naszą relację. A sen sprzed roku okazał się cichą zapowiedzią przyszłej bliskości.

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie.