W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: praca z cieniem

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną. 

  • 40. Pożegnanie barłogu – sen o odbudowie granic. 

    12 /13. 11.2025 

    Sen drugi tej nocy, nad ranem: Byłam w mojej pierwszej pracy w szkole. Były tam moje dawne koleżanki. Robiłyśmy jakieś porządki. Nie było dzieci. Jedna z koleżanek (w realu kiedyś moja ulubiona, ale bardzo zmieniła się na niekorzyść z biegiem lat) podważała wciąż moje decyzje, poprawiała lub zmieniała wszystko co zrobiłam. Zdenerwowało mnie to w końcu. Pomyślałam, że w sumie wcale nie muszę tu być, że mam swoją pracę i tej wcale nie potrzebuję. Ale pomyślałam też o pieniądzach, i że niewiele zarabiam więc może jednak zostanę. Mój syn był na coś chory, więc zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się na wizytę do lekarza w jego sprawie. Za chwilę przyszła pielęgniarka, aby potwierdzić umówienie wizyty. Najpierw rozmawiała z tą irytującą mnie koleżanką, umówiły się. Podeszłam, żeby potwierdzić wizytę mojego syna, ale kobieta stwierdziła, że zapisy na dziś są już zamknięte. Koleżanka była zdrowa, jej dzieci również. Zapisała się do lekarza bez żadnego powodu, moje dziecko było chore a ona odebrała mu możliwość skorzystania z pomocy. Wiedziała, że potrzebuję tej wizyty. To przelało czarę goryczy. Zabrałam torbę i trzasnęłam za sobą drzwiami. Pomyślałam, że żadne pieniądze nie są warte przebywania w takim środowisku. Szłam ulicą był wieczór. Ciepły letni, nie było jeszcze całkiem ciemno. Byłam ubrana w krótką spódnicę i koszulkę dość skąpą, nie wyzywającą, ale też nie zasłaniającą wiele. Jakiś mężczyzna całkiem przystojny, szedł obok mnie i rozmawiał głośno przez słuchawki. Nagle szturchnął mnie ramieniem. Jak by mnie zaczepiał. Powiedziałam z lekkim oburzeniem coś w stylu Eeeej!!! On odpowiedział „jakie ej?” I pokazał mi ruchem głowy samochód. Gdyby mnie nie szturchnął samochód by mnie potrącił. Powiedziałam wdzięczna „dziękuję ” uśmiechnęliśmy się do siebie i mężczyzna odszedł. Kiedy zostałam sama przyjrzałam się swojej torbie. Zwisała z niej w połowie ciągnąc się po chodniku cienka, brudna kołdra. Zaczęłam wyciągać ją z torby wypadły też z niej jakieś inne drobiazgi. Pozbierałam je, kołdra nadal leżała na chodniku. Przyglądałam się jej. Myślałam, że jej nie potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak mam ją spakować do niedużej torby. Miałam pewność, że się nie zmieści. Kołdra wyglądała jak barłóg bezdomnego. Pomyślałam, że może ktoś to sobie weźmie, ale miałam dylemat czy zostawić to na chodniku, bo nie wyglądało to dobrze. Nie wiem co z tym zrobiłam chyba zostawiłam tak jak leżało. Byłam w mieszkaniu (nie z realnego życia) to było moje mieszkanie. Mieszkałam tam z synem i byłym mężem. Przyjechał kuzyn mojego byłego męża z żoną. Nie byłam zadowolona, bo wiedziałam, że pojawi się alkohol. Chyba zwiedzali miasto, ale beze mnie ja zostałam w domu. Kiedy wrócili siedzieli na podwórzu, kuzyn byłego męża popijał piwo. Zaproponowałam, że ugotuję im obiad. Nie wiedziałam co jest w lodówce, tak trochę na odczepnego zaproponowałam makaron z warzywami. Przyjęli to z entuzjazmem. Szłam do kuchni trochę skonsternowana, wiedziałam, że nie mam wszystkich składników. Znalazłam makaron, dwie napoczęte paczki makaronu w tym samym kształcie spomiędzy innych kształtów. Ucieszyłam się, bo było go wystarczająco dużo. Rozejrzałam się po kuchni. Na blacie leżały banknoty, duże, czyste, nowe. Wyglądały jak wyprasowane. Wiedziałam, że zostawili je moi goście, ale nie byłam pewna intencji. Pomyślałam też, że kiedy wchodziłam do kuchni mijałam w drzwiach sąsiada, takiego cwaniaczka alkoholika, nie byłam pewna czy nie zabrał jakiegoś banknotu. Zostawiłam pieniądze tak jak leżały i nie zajmowałam się nimi dłużej. Znalazłam też w kuchni bilety na jakiś spektakl, dwa normalne i ulgowy. Pomyślałam, że to bez wątpliwości musiał być prezent od moich gości. W domu nie było warzyw, postanowiłam wyskoczyć szybko do sklepu. Byłam ubrana w jakiś workowate dresowe spodnie w kolorze szarawo-niebieskim i koszulkę. Szukałam marynarki, która przeciwważyłaby ten niechlujny efekt. Znalazłam w końcu, ale nie tą którą chciałam. Kiedy wyszłam na ulicę zobaczyłam idących nią ludzi. Przeważnie mężczyźni, bardzo mnie zdziwiło, bo większość miała brody do pasa nie byli młodzi, ale też nie starcy. Byli ubrani w takim raczej luźnym casualowym, niektórzy w rokowym stylu. 

    Ten sen łączy się bezpośrednio z lipcowym:  https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/05/28/meblowanie-barlogu/ 

    Tam jeszcze się meblowałam w tym co mi nie służy. Dziś potrafię opuścić miejsce, które nie jest dla mnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się z granic. Potrafię też przyjąć pomoc i przede wszystkim nie ciągnę już za sobą całego mojego życia. Potrafię je odłożyć z szacunkiem, bo mnie ukształtowało, ale zostawiam je bez przywiązania. Bo to co mnie spotkało nie definiuje mnie jako człowieka. To co robię i kim jestem jest istotne. I powtarzam sobie wciąż na nowo: “Nieważne, co nam zrobiono. Ważne, co my zrobimy z tym, co nam zrobiono”.