W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: pożegnanie

  • 70. Pożegnanie z iluzją – sen o wolności 

    9/10.03.2026 

    Byłam w mieszkaniu wynajętym przez mojego ojca dla całej rodziny na wakacje, chyba nad morzem (bardziej wiedziałam, niż widziałam tego oznaki). Mieliśmy gości – znajomych, rodziców z przedszkola mojego syna (nie z realu – wyimaginowanych). Mój syn był mały, ale chyba już nie przedszkolak. Chyba były tam inne dzieci. 

    Mój ojciec poprzestawiał meble w okolice okien, były odwrócone „plecami”. Trochę mnie to zdziwiło, bo mieliśmy je najpierw opróżnić z naszych rzeczy. 

    Ojciec odprowadzał gości do samochodów. Ja też chciałam, ale nie miałam butów i w tym wyprowadzkowym bałaganie nie mogłam ich znaleźć. Postanowiłam, że pójdę w skarpetkach. 

    Szłam po schodach w dół, ale nie czułam się stabilnie, stopy ślizgały mi się na stopniach. Przechodził obok mężczyzna. Chwyciłam się jego rękawa. Nie zdziwiło go to. Sprawiał wrażenie, jakby go to ucieszyło. Podał mi ramię i trzymając dłoń na mojej dłoni, sprowadził mnie na dół. 

    Były dwa wyjścia z budynku. On kierował się ku prawemu. Chciał, żebym poszła z nim, ale ja słyszałam moich gości za drzwiami po lewej stronie. Podziękowałam i pożegnałam się z nim. 

    Wyszłam na parking. Mój ojciec wręczał wszystkim pożegnalne prezenty, jakieś drobiazgi. Zapomniał o pewnej kobiecie i udawał, że szuka między kawałkami tektury falistej, przekładał je z miejsca na miejsce, zwijał w rulony. Wiedziałam, że niczego dla niej nie ma. 

    Przypomniało mi się, że w bałaganie w mieszkaniu był srebrny łańcuszek z zawieszką – srebrnym serduszkiem, który należał do mnie. Powiedziałam, że jej prezent został na górze, i powiedziałam ojcu, co może zabrać (nie zależało mi na tej biżuterii). Chyba poszedł na górę, a ja przytulałam się z gośćmi na pożegnanie, z jednym z ojców szczególnie czule. 

    Jeszcze jedna rzecz. W dzisiejszym śnie mieliśmy wyprowadzić się dokładnie w tym dniu. Mam zwyczaj sprzątania po sobie w takich sytuacjach, a tu posprzątanie i opróżnienie mebli ze wszystkich rzeczy było niemożliwe. Byłam trochę zła, że zostawimy po sobie taki bałagan. Chciałam zostać dłużej i uporządkować tę przestrzeń, ale ojciec postanowił inaczej. 

    Długo zastanawiałam się nad tym snem. Bardzo długo. Pojawiły się dwa wspomnienia, które ten sen przywołał. 

    Kiedy moja mama zachorowała na autoimmunologiczne zapalenie mózgu, postawiono złą diagnozę, w związku z czym choroba postępowała bardzo szybko. Nie było zrozumienia dla jej stanu ze strony ojca. 

    Codziennie po pracy przyjeżdżałam, żeby ją umyć, przebrać, zmienić pampersa, porozmawiać chwilę i wystawić ją w wózku na słońce. Bardzo chciała, żebym szczególnie zaopiekowała się jej paznokciami. Trochę oszukiwałam, używając pilniczka, bo codzienne piłowanie paznokci było bez sensu, ale bardzo jej na tym zależało, więc udawałam, że piłuję. 

    Ojciec chciał, żebym nie poświęcała jej tyle czasu, bo, jak twierdził, rozpieszczam ją i kiedy pójdę do domu, „matka nie da im spokoju”. 

    Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jaki jest naprawdę. 

    Kiedy udało mi się umieścić mamę w szpitalu na ostatnie dni, cieszyłam się, że ma spokój – możliwe, że pierwszy raz w życiu. Była już wtedy nieprzytomna. 

    Żegnałam się z nią. Opowiedziałam jej wtedy o wszystkim. O moim małżeństwie, o świeżym rozstaniu z mężem. Obiecałam, że nie pozwolę się już nigdy skrzywdzić żadnemu mężczyźnie. Że na mnie historia przemocy w mojej rodzinie się zakończy. 

    Przeprosiłam ją za wszystko i podziękowałam. Pożegnałam się najpiękniej, jak potrafiłam. 

    Kiedy wyszłam ze szpitala, zadzwoniłam do ojca. Powiedziałam, że mama może nie przeżyć nocy i ma szansę jeszcze ją odwiedzić, pożegnać się i przeprosić. 

    Powiedział mi wtedy, że to ona powinna przeprosić jego i że nigdzie się nie wybiera. 

    Kiedy zmarła, chciał pochować ją w starych ubraniach. Nie zgodziłam się. Kupiłam jej nową sukienkę i żakiet. Pomyślałam też o bieliźnie i butach. I oddałam jej mój srebrny łańcuszek z maleńkim krzyżykiem. Nie jestem katoliczką, więc nie byłam przywiązana do symbolu, ale dla mojej mamy miało to wielkie znaczenie. Bardzo chciałam, aby właśnie z nim wyruszyła w swoją ostatnią drogę. 

    Pożegnałam się wtedy najlepiej, jak umiałam. 

    W czasie pogrzebu i stypy mój ojciec zachowywał się jak biedna ofiara trudnej sytuacji. Wszyscy byli pełni litości. Trudno mi było udawać, że nie widzę tej szopki. 

    Kiedy zmarł mój brat, nie spodziewałam się po nim szczególnej empatii. Nie zdziwiło mnie to, że na stypie rozmawiał z gośćmi tylko o sobie, w bardzo niestosowny sposób. Ale tym razem stypa była u mnie i tutaj to ja wyznaczałam granice. 

    Od kiedy iluzja opadła, nie zależy mi na aprobacie mojego ojca, na docenieniu mnie, uznaniu, zauważeniu. Nie zależy mi na jego miłości, bo wiem, że nie potrafi kochać. Nie zależy mi na pozorach, a prawdziwym uczuciem nie jest w stanie nikogo obdarzyć. Ten sen pokazał mi wyraźnie, że jestem już wolna od tej potrzeby. 

    Ale kim był mężczyzna, który pomógł mi zejść? 

    Kiedy umierała moja mama, byłam sama. Kiedy zmarł mój brat, również nikogo ze mną nie było. 

    W międzyczasie pojawił się Darek, który poprowadził mnie w bardzo podobny sposób w jaki zrobił to mężczyzna na schodach. Delikatnie, bezinteresownie, czule i pozwolił mi odejść zgodnie z moją decyzją. Pokazał mi, że pożegnanie może być spokojne, a miłość może trwać bez zawłaszczenia. To bardzo piękne doświadczenie. 

    Może dzięki niemu w ogóle potrafiłam się wyprowadzić. 

  • 66. NAMASTE – sen o pożegnaniu. 

    16/17.02.2026 

    Byłam w mojej kamienicy na parterze. Słyszałam sąsiadów, którzy się kłócą, czy może raczej jednego sąsiada, który na kogoś krzyczy. Myślę nawet, że to była piwnica, nie parter, ale nie mam pewności. Ten krzyczący sąsiad to stary ubek, który ciągle się awanturuje i wszystkich dookoła zastrasza, więc w ogóle mnie to nie zdziwiło. 

    Weszłam na górę. Przy moich drzwiach spotkałam sprzątaczkę. Zamiatał jednak jakiś młody chłopiec, wyglądał, jakby się przyuczał. Zaprosiłam ich do siebie, chciałam zrobić im kawę. Ale nie mogłam znaleźć odpowiednich filiżanek, bo nie chciałam podawać im kawy w byle jakich. Chciałam podać ją w takich wyjątkowo ładnych. Szukałam, czy nie ma takich, które nie są ani w zmywarce, ani w szafce, tylko gdzieś sobie stoją zapomniane, bo te w szafce i zmywarce były beznadziejne. 

    Te poszukiwania strasznie długo trwały i trochę byłam zdenerwowana, że każę im czekać. A oni w międzyczasie sprzątali. To ciekawe, bo ta pani nie sprząta u mnie (nie zatrudniam sprzątaczki), tylko na klatce schodowej. 

    Szukając, weszłam do jakiegoś pokoju. To było bardzo dziwne miejsce, trochę jak zrobione z kamienia (grota?) czy z jakiejś starej cegły. Bez okien, pełno tam było kurzu i pajęczyn. Przyczepiła się do mnie pajęczyna. Zwinęłam ją w kulkę, rzuciłam z obrzydzeniem na ziemię, a pajęczynowa kulka sobie poszła, zahaczając o podłogę cienką nogą i czołgając się, czyli w środku był pająk. To było straszne. Ja bardzo nie lubię pająków. 

    Wyszłam stamtąd. Nie jestem pewna, czy właśnie w tym pomieszczeniu, ale udało mi się znaleźć filiżanki i w końcu podałam im kawę. Chłopiec sam znalazł sobie kubek. Nie byłam zadowolona, że wybrał właśnie ten. Był brzydki, krzykliwy i trochę infantylny, ale nie sprzeczałam się. 

    Sprzątałam… Była tam szyba w otwieranej komodzie. Szyba była całkowicie zamglona. Ściągnęłam z niej coś, co pokrywało ją w całości, też rodzaj pajęczyny czy czegoś takiego… To była dosłownie tafla przylegająca do szkła. Ściągnęłam ją w całości. Trochę mi było wstyd, że mam taki bałagan. 

    Przyszedł chłopak. Nie wiem do końca, kto to był, nie będę wymyślać, ale chciał, żebym zapisała go do fryzjera, którego podobno znam osobiście. Tak naprawdę nie znałam go osobiście, znałam jedynie kobietę fryzjerkę, która u niego pracuje. Obiecałam jednak pomóc i powiedziałam, że go zapiszę. 

    Bardzo się śpieszyłam, bo było tuż przed zamknięciem. Blisko mojego domu jest budynek przychodni. Zamiast iść dookoła, chciałam przejść tak, jakbym poruszała się palcem po mapie w linii prostej. Żeby dotrzeć do salonu fryzjerskiego, musiałam przejść przez ten budynek. Wspięłam się i szłam po dachu. Nagle zrobiło się stromo. Pomyślałam, że to nie jest bezpieczne, i zdecydowałam, że jednak nie będę szła górą. Postanowiłam wejść do budynku drzwiami, które zauważyłam pod dachem. Wystarczyło zeskoczyć, nie było wysoko. 

    Zeskoczyłam, weszłam do przychodni i nagle przybiegło do mnie kilka osób. Same kobiety: dwie panie doktor, które znam z tej przychodni, jakieś pielęgniarki. Chyba wszyscy pracownicy do mnie przybiegli, bo okazało się, że włączył się jakiś alarm. To ja go uruchomiłam i wszyscy przyszli zobaczyć, co wydarzyło się na dachu. Próbowali się dowiedzieć, bo mnie znają, co mi strzeliło do głowy, żeby chodzić po dachu. 

    Powiedziałam im, że mój brat zmarł wczorajszej nocy (to niestety prawda) i jego przyjaciel chciał koniecznie do fryzjera, więc chciałam go zapisać i zdążyć przed zamknięciem, ale… chyba już nie zdążyłam. 

    Zabrały mnie do pokoju socjalnego. Rozmawiałyśmy ze sobą tak normalnie, zwyczajnie. Czułam się zaopiekowana. Okazało się, że jest to dosyć duży gmach i znajdują się tam różne olbrzymie sale. 

    Weszłam do jednej z nich i zobaczyłam kwiat w donicy, ale nie było jeszcze widać w pełni rozkwitniętego kwiatostanu, jakby skrzydłokwiatu. Widać było tylko nitki podobne do tych, które okalają na przykład kolbę kukurydzy. Było to niesamowite, bo jak na filmie poklatkowym mogłam obserwować, jak niezwykła roślina rośnie. Kwiat zdawał się tańczyć w charakterystyczny sposób. 

    Nitki zaczęły falować. Były dosyć długie, a cały kwiat był znacznie większy niż mógłby być w rzeczywistości. Nitki miały może ze trzydzieści centymetrów długości. Zaczęły się składać i rozkładać jak poruszający się płomyk. Następnie podzieliły się na trzy części. W środku była większa, tańcząca łezka z nitek, a po bokach dwie mniejsze. Te boczne wyglądały jak rączki. 

    Kwiat nagle zaczął składać te rączki w geście NAMASTE. Poruszał się tak, jakby się kłaniał. 

    Pamiętam, że zwróciłam czyjąś uwagę na ten moment i powiedziałam, że to jest wyjątkowy czas, bo możemy właśnie teraz obserwować, jak ta niezwykła roślina rośnie. Byłam wzruszona i zachwycona, że mogę uczestniczyć w tym pięknym procesie. 

    Wróciłam do kobiet, które się mną zaopiekowały, i rozmawiałam z nimi jeszcze przez chwilę. To był czas, kiedy miały już iść do domów. Ich zmiana właśnie się zakończyła. Zaczęli pojawiać się mężczyźni. Przebierali się w ubrania do pracy. 

    Jeden z mężczyzn wyszedł z przebieralni w cienkim dresie. Jego męskość odciskała się pod materiałem. Była ogromna, wręcz monstrualna, grubsza niż przedramię dobrze zbudowanego mężczyzny, z wyraźnie zaznaczonym żołędziem. Pomyślałam, że taki rozmiar musi być kłopotliwy pod każdym względem. 

    Chciałam już iść do domu, ale pragnęłam jeszcze raz zobaczyć ten nieprawdopodobny kwiat. Niestety nie mogłam już znaleźć tej sali. 

    Kiedy wracam myślami do czasu bezpośrednio po śmierci brata, zaskakuje mnie to, że czułam spokój. Pierwszego dnia życie płynęło normalnie, jakby wiadomość o tragedii w ogóle do mnie nie dotarła. Byłam cichsza, bardziej skupiona niż zwykle, ale wykonywałam wszystkie swoje obowiązki bez trudności. 

    Zaskakujące było jedno… Nie mogłam wypowiedzieć słów kluczy: śmierć, brat, pogrzeb. Pamiętam, że kiedy wyjaśniałam, dlaczego muszę zamknąć firmę na jeden dzień, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Jakby te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Było to niemal fizyczne odczucie blokady. 

    Wyjaśnić musiałam, więc zrobiłam to za pomocą rebusu: „podróż bez możliwości powrotu” i „nie siostra”. To wystarczyło. Przyjaciółka zrozumiała i pomogła mi w wielu kwestiach. 

    Kiedy jednak musiałam powiększyć zdjęcie brata w zaprzyjaźnionym zakładzie poligraficznym, całkowicie się rozsypałam. Tu rebusy już nie wystarczyły, bo musiałam doprecyzować, czego potrzebuję, a zdjęcie miało pasować do ramy o konkretnych wymiarach. Kobiety pracujące w tym miejscu otoczyły mnie opieką. Nie znałyśmy się na tyle, a jednak tuliły mnie do siebie na zmianę, a zdjęcia dostałam za darmo. Nie chciały przyjąć zapłaty. 

    Wiele osób, nienależących do rodziny, okazało mi troskę i wsparcie. Wieńce od znajomej kwiaciarki – niemal po kosztach. Obiad na stypę z olbrzymią zniżką. Miejsca parkingowe dla moich gości zabezpieczył portier z budynku, w którym wynajmuję lokal. Jedna z mam moich zawodowych dzieci, nieproszona, zapłaciła za wszystkie zajęcia do końca roku szkolnego. To nie były puste wyrazy współczucia. To było realne, praktyczne wsparcie. Dzięki niemu udało mi się zorganizować wszystko, co było potrzebne, aby godnie pożegnać brata. 

    W samotności płakałam oczywiście niemal bez przerwy, ale nie było w tym niezgody. Choć brat był młodszy ode mnie o pięć lat, miał trójkę dzieci i nie zdążył na przeszczep serca. Nowe serce spóźniło się zaledwie o kilka dni. Była we mnie niezrozumiała akceptacja i silne przekonanie, że tak miało być. Pozwalałam sobie na płacz, na żałobę, na rozpacz i wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Że jest to naturalne. Przy ludziach jednak wystarczyło nie używać słów kluczy i… robiłam swoje. Moja rozpacz nie ciążyła na cudzym życiu. 

    A sen… Wiedziałam wówczas, że mój brat jest już w lepszym miejscu, ale jeszcze nie docelowym. Myślałam o tym jak o momencie przejścia i zastanawiałam się, czy sen był jedynie pięknym, symbolicznym pożegnaniem. Czy może czymś więcej? Bo NAMASTE jest uznaniem boskiego pierwiastka w drugim człowieku a ja widziałam przecież to, co po drugiej stronie. Co prawda była to jedynie wizja z hipnozy regresyjnej, ale zapisała się we mnie tak silnie, że wiem, że niesiemy w sobie światło.  

    Od tamtej pory, ilekroć z miłością składam pokłon drugiemu człowiekowi, mam poczucie, że cały wszechświat rozpala się świetlistymi nićmi.  

    I taki pokłon składam dziś mojemu bratu. 

  • 15. Wierzba, która leczy

    Zaczęliśmy pisać do siebie regularnie. Dzięki tym listom udało mi się dostrzec, między innymi to, że nigdy nie było przestrzeni na to, żebym mogła przeżyć żałobę po śmierci mojej mamy. Opisałam w odpowiedzi na jego wiadomość o rodowych traumach ciągnących się przez pokoleniach moją “rozmowę” z nieprzytomną już, konającą matką, w której obiecywałam, że nigdy nie dopuszczę do tego, że skrzywdzi mnie jeszcze kiedyś jakikolwiek mężczyzna, tak jak krzywdził mnie mój mąż, jej mąż krzywdził ją, a jej matkę krzywdził jej ojciec a mój dziadek. Obiecałam mojej mamie na łożu śmierci, że już nigdy więcej nie pojawi się przemoc w naszej rodzinie. Zdążyłam opowiedzieć jej to wszystko do czego nie mogłam się przyznać, kiedy żyła, udało mi się podziękować i za wszystko przeprosić. Kiedy napisałam do Darka, wyszłam z psem na długi spacer, myślałam o tej chwili, w której, żegnałam moją mamę, o pogrzebie który był walką z ojcem o szacunek dla niej. O organizacji pogrzebu i stypy, którą wzięłam na siebie, bo chciałam, żeby jej ostatnia droga była tak piękna jak to tylko możliwe. Po pogrzebie, walka o przetrwanie, matura syna, rozwód… żałoba musiała zaczekać. I spotkałam ją pod wierzbą, trzy lata później, dzięki rozmowie z Darkiem, w której jak to zwykle bywało w czasie naszych rozmów USŁYSZAŁAM nareszcie CO MÓWIĘ. Szłam skrajem rzeki na wałach rosła samotna wierzba, kiedy do niej dotarłam zrozumiałam, że nie zrobię ani jednego kroku więcej. Po prostu nie mam już siły. Upadłam na trawę i leżałam tak mając smycz oplecioną wokół nadgarstka. Nie wiem co robił pies. Ja płakałam. Długo… a wierzba szumiała nam nad głową uspokajająco. Podobno wierzba to szczególne drzewo, podobno leczy. Mnie wtedy uleczyła. 

    Kilka dni później miałam sen. 

    Moja mama wstała z łóżka, w którym spędziła swoje ostatnie dni w domu rodziców. Było tam ze mną kilka osób wszyscy z rodziny. Podeszła do mnie i widziałam, że jest zdezorientowana. Powiedziała mi, że się boi, że nie jest pewna czy może iść. Powiedziałam jej uspakajająco, że wszystko jest w porządku, że nie musi się już bać, że jest teraz bezpieczna i spokojnie może odejść. Wyszła tak jak stała w koszuli nocnej i na boso. A ja czułam spokój, wiedziałam, że tak musi być. Że teraz już jest dobrze.