To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.
Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.
To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa.
Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.
Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.
Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.
Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać.
Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…
Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, po drugiej stronie ściany.
Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach co ze sobą (jako gratis) przyniósł, bo przyniósł, nie tylko imię duszy.
Ten sen spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. Był letni dzień, ale światło było takie lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał może 5 lat może mniej. Najpierw byłam gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na kresach, bardzo piękny teren. Później przenieśliśmy się, nie wiem, może to był rodzaj wycieczki, do centrum niewielkiego miasteczka. Był tam mały ryneczek z uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z kamieniczek moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i oglądaliśmy świat dookoła. Za budynkiem jakby w podwórku kamienicy rosło drzewo, na którym przysiadły ptaki, przeróżne. Było ich mnóstwo, może setka a może więcej. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający trzewikodzoba. Wysoki i smukły. W Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, że niektóre może sobie wymyśliłam. Nagle nad drzewem po lewej stronie zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale trzymałam w rękach plecak, do którego włożyłam mojego syna tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. Wyjęłam go z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu jak rozkosznie skacze na materacach i uskarżał się, że reszta moja przyjaciółka źle traktuje ich psa, że tak naprawdę go nie chce. Moja przyjaciółka zdawała się być bardzo zawstydzona. Jakaś dziewczynka porozrzucała szpilki i spoglądając w stronę psa, który znów był dzieckiem zapytałam, czy chce jej pomóc je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do pudełka. Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to co znalazłam, panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła. Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś co przypominało wegański smalczyk z cebulą. Stwierdziłam, że musimy wracać, bo mamy dużo prania, a nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, jeszcze wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że musimy wracać. I pomyślałam, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. Był tam. Mój mały syn był ubrany w pewnego rodzaju kaftan taki jaki noszą mieszkańcy Tybetu a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę, najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. Ma takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pieść, wszystko działo się w zwolnionym tempie widziałam jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. Spojrzałam na niego z góry, wszystko co robił, robił z subtelnym pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim, to była grupka szkolnych łobuziaków a szli za nim jak jego drużyna. Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju w wielkim kontraście z tymi łobuziakami a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego chłopca i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. Później coś jeszcze zobaczyłam nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny rozległy krajobraz. Wtedy usłyszałam głos. Dźwięczał mi w głowie głos „……..” imię wypowiedziane w sanskrycie. Ten chłopiec był jak mały Bóg, cudowny wręcz rozświetlony. Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie.
Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak, dlatego w razie czego go nie podam.
Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża.
Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. Niepotrzebnie się bałam, rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość czy ma służyć jedynie moim potrzebom.
Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.
Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać.
9.
Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.
Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.
10.
A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz.
11.
Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.
12.
Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE.