W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: pies

  • 82.7. Aris – pies, który musiał zniknąć 

    Kiedy następnego dnia wróciłam ze szkoły przywitała mnie cisza. Aris zwykle robił z mojego powrotu do domu wielką sensację. Cieszył się tak bardzo jakbyśmy nie widzieli się tygodniami. A to było zaledwie kilka godzin. 

    Tym razem przywitała mnie przejmująca jak wycie syreny alarmowej CISZA.  

    Arisa nie było w domu.  

    Nie było jego posłania, jego misek ani smyczy, która zawsze wisiała w przedpokoju. 

    Bardzo się bałam, ale miałam jeszcze nadzieję, że może ktoś zabrał go na spacer. Choć tylko ja się tym zajmowałam.  

    Kiedy ojciec wrócił do domu opowiedział mi historię, którą opowiadałam później przez całe moje życie. Historię romantyczną. Heroiczną. I – dziś to wiem – nieprawdziwą. Taką, w którą zmuszona byłam uwierzyć. To właśnie ta opowieść leżała u podstaw przekonań, które później prowadziły mnie przez życie i wpłynęły na wiele podejmowanych przeze mnie decyzji. 

    Podobno, kiedy tylko mój ojciec spostrzegł, na jak mądrego i oddanego obrońcę wychowałam Arisa postanowił, oddać go swojemu koledze z pracy. Mężczyzna miał bowiem niepełnosprawnego intelektualnie, kilkuletniego syna, którym pomiatały inne dzieci we wsi i który bardzo cierpiał z tego powodu. Ojciec chłopca skarżył się współpracownikom przy śniadaniu na trudny los potomka i wtedy mój ojciec wpadł na genialny pomysł: odda Arisa. Jego córka potrafi wychować każdego psa, wychowa więc sobie kolejnego. A ten posłuży jako obrońca biednemu chłopcu. Ojciec zaraz po śniadaniu zwolnił się z pracy, przyszedł po psa i razem z kolegą pojechał do jego domu. Aris od razu wiedział co robić. Podszedł do tego właśnie chłopca jakby wyczuł, że potrzebuje ochrony. Chłopiec trzymając psa za ucho przechadzał się po wiosce przez nikogo nie zaczepiany. Mój dar do wychowywania psów uratował życie nieszczęśliwego dziecka, które wystarczająco przecież było ukarane przez los swoim kalectwem. Jestem wrażliwa na los innych, więc powinnam pochwalić decyzję, którą podjął. Powinnam być z siebie dumna. Powinnam być szczęśliwa. Dostanę przecież nowego psa.  

    Tylko że to wszystko gówno prawda.  

    Nie wiem co zrobił z MOIM psem. Z moim przyjacielem. Jedyną istotą, która kiedykolwiek miała odwagę stanąć w mojej obronie. 

    Ten szczeniak nie negocjował, nie tłumaczył ojca. Nie mówił „tato miał zły dzień w pracy”.

    Stanął przed agresorem i powiedział  

    -TU JEST GRANICA.

    SZCZENIAK.

    Takiej granicy nie postawiła moja matka, ani sąsiedzi, którzy słyszeli krzyki. Nie zrobili nic nauczyciele, którzy widzieli siniaki na moim ciele. Członkowie dalszej rodziny, którzy wiedzieli co się dzieje w naszym domu, mówili tylko czasem „nie możecie denerwować taty.”  Nikt nigdy zła nie nazwał złem… aż do wtedy. 

    Pies więc musiał zniknąć.  

    A we mnie wytworzyły się przekonania, które później kierowały całym moim życiem.  

    Po pierwsze, jeśli ktoś cię naprawdę pokocha będzie musiał odejść.  

    Po drugie, jeśli ktoś stanie w twojej obronie – zniknie.  

    Po trzecie nawet dziecko, którego nie widziałaś nigdy na oczy i nigdy wcześniej o nim nie słyszałaś – jest ważniejsze od ciebie. 

    Rozumiem dziś co kierowało moim ojcem, ale jeszcze nie potrafię wybaczyć. 

    Bo to nie było tylko odebranie psa. 

    Dla tej małej dziewczynki to był koniec świata. 

  • 82.6. Aris – ballada o miłości 

    Miałam trzynaście lat. Wracając do domu, w zaspie śnieżnej obok mojej klatki usłyszałam cichy pisk. Zajrzałam do niewielkiego otworu w śniegu i zobaczyłam… pyszczek. Mokry, trzęsący się szczeniak patrzył na mnie niebieskimi jeszcze oczami. Wyciągnęłam kulkę ze śniegu i rozglądałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógł to szczenię zgubić. Nikogo nie było. Wzięłam dzieciaka do domu. Był sporej wielkości, zapchloną, ale całkiem tłuściutką kluską.

    Wykąpałam biedaka i pierwszy raz zszokowała mnie nie tylko ilość pcheł, ale też to, ile krwi upuszczają te stworzenia z żywiciela. Woda w misce była czerwona od pozostałości przetworzonej przez insekty krwi.

    Przygarnęłam psie dziecko, a ono przygarnęło mnie.

    Tworzyliśmy duet doskonały. Aris był czystą miłością. Kiedy zasypiał, lubiłam obserwować, jak wtulony we mnie spokojnie oddycha. Czasem pochrapywał lub popiskiwał przez sen, a kiedy kładłam na nim dłoń, natychmiast się uspokajał. Bardzo potrzebował dotyku. Kiedy robiłam coś siedząc, leżał obok mnie z pyszczkiem na moich stopach. Kiedy spacerowaliśmy, zwykle szedł przy nodze, niemal ocierając się o mnie jak kot.

    Chciałam, żeby nosił imię po największym z największych. Wybrałam boga wojny, bo pies rósł jak na drożdżach, a jego łapa zapowiadała, że będzie spektakularnych rozmiarów. Wybrałam boga wojny, ale nie byłam szczególnie doedukowana i w myśl „coś tam słyszałam, coś tam zmyśliłam” przekręciłam imię i tak Ares został Arisem.

    Miałam w moim długim życiu wiele psów, ale nigdy tak inteligentnego i kompatybilnego ze mną zarazem. Ten pies czytał niemal w moich myślach. Był niezwykle zrównoważony i skupiony na mnie i moich stanach emocjonalnych. Jakbyśmy dopiero razem stanowili całość.

    Byliśmy nierozłączni. Razem spaliśmy, jedliśmy, z nim wychodziłam na dwór, robiłam zakupy, sprzątałam i gotowałam. Był jedyną istotą, przy której czułam się bezwarunkowo kochana i którą ja kochałam czystą miłością.

    Z czasem okazało się, że Aris jest sznaucerem olbrzymem. Uszy nie odpowiadały wzorcowi rasy, sterczały w górze i były wielkie jak u nietoperza. Kiedy do niego mówiłam, a opowiadałam mu o wszystkim, uszy poruszały się w zabawny sposób, jakby chciał mi w ten sposób powiedzieć: „słucham cię z uwagą”. Trudno było zachować powagę na ten widok. Wtedy, w latach 80., kopiowano uszy i obcinano ogony sznaucerom. Mój sznaucer miał długi ogon, wesoło majtający na boki i klasyczne umaszczenie pieprz i sól. Był doskonały.

    Kiedy miał około 5 miesięcy, przywiązałam go pod sklepem spożywczym i weszłam do środka. Stałam w kolejce, zastanawiając się, co wybrać na śniadanie dla rodziny, kiedy otworzyły się drzwi i wolno wszedł Aris, bez obroży, z krwawiącym uchem i wieloma zadrapaniami. Usiadł obok mnie, jakby nic się nie stało. Kobieta, która wpuściła go do sklepu, powiedziała mi, że jakiś mężczyzna próbował wciągnąć psa do autobusu, ale pies wyswobodził głowę z kolczatki i pobiegł do sklepu, więc otworzyła mu drzwi.

    Wróciłam wtedy do domu i nie mogłam powstrzymać drżenia. Pamiętam, że nawet zęby uderzały mi wtedy o siebie tak, że nie mogłam spokojnie powiedzieć, co się stało. Już nigdy nie założyłam Arisowi smyczy. Nie była mu zresztą potrzebna, bo nie odstępował mnie na krok.

    Kiedy Aris miał około pół roku, był już wielkości suczki owczarka niemieckiego sąsiada, był wielkim psim przyjacielem. Czujnym, rozsądnym i kochającym. Kiedy odrabiałam lekcje, siedział pod biurkiem i trzymając pysk na moich kolanach, stękał i wzdychał, żując pluszową papugę. Nie mógł się doczekać, kiedy mu ją w końcu rzucę i będzie mógł udawać, że jej nie widzi, przebiegając nad nią z podniesioną wysoko głową, aż w końcu spuszczał na nią wzrok, rzucał się na nią z radością i przynosił z triumfem, machając ogonem.

    Któregoś dnia mój ojciec wrócił z pracy nie w humorze i chciał mnie uderzyć. W furii, z zaciśniętymi pięściami, ruszył w moim kierunku, ale zatrzymał się w pół kroku. Między mną a nim wyrósł Aris. Wszystko zadziało się w ułamku chwili. Warcząc, obnażył kły i całą postawą ciała pokazał, że to nie są negocjacje. To ostatnie ostrzeżenie. Nie było w tej postawie wahania. Był zdecydowany mnie bronić bez względu na wszystko.

    Ojciec natychmiast się wycofał. Nie uderzył mnie wtedy, a w przyszłości zrobił to jeszcze tylko raz. Leżałam później z Arisem i dziękowałam mu za to bez słowa, przytulając do siebie mocno te 20 kilogramów serca.

    Następnego dnia po tym wydarzeniu Aris zniknął.

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 67. Tam, gdzie niebo płynie- sen o patrzeniu w tę samą stronę

    21/22.02.2026 

    Byłam w moim (ale nie do końca moim) mieszkaniu. Było duże i przestronne, również w kamienicy, ale bardziej starokamieniczne niż w loftowym stylu, jak u mnie. To była stara kamienica z klimatem. Po mieszkaniu krzątał się mój były mąż. Nie powinno go tam już być, wiedziałam o tym. Nie wchodziłam z nim w żadne interakcje, po prostu go zauważałam. 

    Dostałam SMS od ojca mojej byłej uczennicy. Chciałam odpisać i chyba to zrobiłam, ale przy okazji wysłałam mu mnóstwo zdjęć. To nie były zdjęcia ze mną, to były zdjęcia absolutnie bez znaczenia i sensu. 

    Ten człowiek przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy. W tle, od czasu do czasu, pojawiał się mój były mąż, ale w oddali i odwrócony plecami. Powiedziałam mojemu rozmówcy, że „nie mogę się go pozbyć”. 

    Odprowadziłam go do drzwi. Chciał, żebyśmy wyszli razem. Przytulił mnie bardzo mocno i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek. Jadłam wcześniej jakieś pieczywo z makiem. Byłam nieco zakłopotana, że przeniosłam do jego ust resztki pożywienia. Wyjął drobinki z ust i nie robił z tego problemu. 

    Spojrzałam w okno. Dookoła drzewa krążyło olbrzymie stado gawronów. Tworzyły niezwykle szybko poruszający się czarny wir. Było ich naprawdę dużo. Przysłoniły olbrzymie drzewo i cały widok z okna. Uznałam to za niezwykłe, piękne i ważne. 

    Wyszliśmy na zewnątrz. Szliśmy ulicą, trzymając się za ręce i przytulając się. Usiedliśmy na ławce, a może leżeliśmy. Powiedział, że jesteśmy w sobie zakochani i powinniśmy zamieszkać razem. 

    Powiedziałam, że zakochanie to nie miłość, że z czasem przemija i jeśli nie przerodzi się w miłość po obu stronach – odejdę – nawet jeśli będę kochać. 

    Przybiegł skądś pies. Był bardzo przyjazny. Położył się obok nas, przytulał się i chyba chciał się z nami trochę pobawić. 

    Patrzyłam na niebo, po którym przemieszczały się chmury, ale nie były zwyczajne. To było jak woda, na której unoszą się kształty powstałe z piany. Patrzyliśmy, jak łączą się i rozłączają, rozpływając się. 

    Poszliśmy do jego mieszkania, również w kamienicy (we śnie rozstał się z żoną). Była tam ich córka, ale to było inne dziecko. W rzeczywistości jest szesnastoletnią, zbuntowaną i arogancką brunetką, tutaj była uroczą około dziesięcioletnią blondynką. Przywitała mnie serdecznie, ale bez zwykłej wylewności, której oczekiwałam. 

    Wyszliśmy na ulicę. Zamknęłam tylne drzwi. Wyglądały jak drzwi do komórki piwnicznej w bloku, z surowych desek. Miałam klucz. 

    Zapytał, skąd go mam. 

    Odpowiedziałam, że sam mi go dał kilka lat temu. Nie miał większego problemu z tym, że przez lata miałam jego klucz, ale chciałam mu go pokazać i wyszukiwałam właściwy w pęku moich kluczy. 

    Powiedział, żebym dała spokój i poszliśmy w miejsce, w którym mieliśmy razem zamieszkać. 

    Spotkaliśmy po drodze znajomą. Opowiadała mi o kulisach rozstania mojego „chłopaka” z jego żoną. Przekonywała, że wina leżała po jej stronie. W rzeczywistości bardzo ją lubię i nie chciałam uwierzyć, że jest złą osobą. 

    Doszliśmy do starego, porzuconego i zniszczonego budynku, w którym (we śnie) mieścił się pierwszy bar z pierogami w moim mieście. Bar istnieje do dzisiaj, ale już w innym miejscu. Budynek był nasz. Mieliśmy go odbudować. 

    Z tyłu brakowało części ściany. Zobaczyłam, że do środka wleciał bocian. Był biało-czarny, ale miał też coś czerwonego, trochę jak dzięcioł. Zdziwiło mnie, że ma gniazdo wewnątrz budynku. 

    Nasza znajoma wbiegła do środka za ptakiem i wzięła na ręce duże pisklę. Było czarno-czerwone i bardziej przypominało dzięcioła niż bociana. 

    Kazałam jej natychmiast je zostawić i wyjść. 

    Powiedziała, że bociany dopuszczają dotykanie piskląt przez cztery znajome osoby. 

    Kategorycznie zakazałam jej trzymania pisklęcia na rękach. Powiedziałam, że nie jest „znajomą osobą”, więc nie wlicza się do tego grona. 

    Do budynku wbiegł duży pies w piaskowym kolorze. Wyglądał jak owczarek anatolijski. Pilnował budynku i przylegającego do niego terenu. 

    Powiedziałam jej wtedy, że ten pies jest jedną z czterech istot, które mają prawo tam być. 

    My musimy opuścić to miejsce i nie przeszkadzać ptakom. 

    Wyszła. 

    To było poddasze naszego budynku. Postanowiłam, że oddamy je tym pięknym ptakom. 

    Przez cały sen, od kiedy opuściłam swoje mieszkanie, było piękne, letnie, ciepłe popołudnie. 

    Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten związek w ogóle może się udać, bo on jest ode mnie o około dziesięć lat młodszy. 

     

    Sen przyśnił mi się dwa dni po pogrzebie brata. Był to bardzo trudny czas. Pamiętam, jak mocno odczuwałam samotność i jak bardzo pragnęłam mieć u boku mężczyznę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś trzymał mnie mocno w ramionach. Bardzo potrzebowałam ukojenia. 

    Mężczyzna ze snu jest mi znany z realnego życia. Kiedy realizowaliśmy wspólny projekt zawodowy, miałam okazję przyjrzeć się temu człowiekowi i bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako mężczyzna tak różny od tych z mojego życia (odważny, decyzyjny, pewny siebie, rzutki, przedsiębiorczy, asertywny), ale też jako kochający, ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa mąż i ojciec. 

    Jestem pewna, że nie chodziło we śnie o jego osobę, ale raczej o wzorzec mężczyzny, jaki reprezentuje. 

    Sen pokazał mi, czego naprawdę potrzebuję. Zobaczyłam, że najważniejsza jest jakość relacji i zdrowa męska energia, którą chcę wpuścić do mojego życia. 

    Ale nawet zdrowa męskość obecna w relacji nie zwalnia mnie z obowiązku chronienia własnych granic. Bo nowe życie we mnie wciąż rośnie jak pisklę, które wykluło się z jajka i potrzebuje ochrony. 

    Sen przypomina mi o tym, że w moim życiu są cztery istoty, które na różnych poziomach wspierają mnie w drodze do siebie. Jedna z nich szczególnie silnie mnie chroni. Ale o tym… innym razem. 

    W tamtym czasie poradziłam sobie sama. Nie spotkałam wtedy nikogo, kto usiadłby ze mną i, patrząc w niebo, podziwiał leniwie płynące i nieustannie zmieniające się życie. 

    Zaczekam więc cierpliwie na tego, kto w tym, co zwyczajne, dostrzeże wraz ze mną to, co niezwykłe. 

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta.