W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: pamięć

  • 20. HIPNOZA REGRESYJNA I – Początek (20.07.2025) 

    Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna. 

    Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:  

    1. Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości. 
    1. Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością. 
    1. Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki. 
    1. W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo. 

  • 4. Prababcia i lód w torebce

    Kiedy przypominam sobie małą mnie, widzę siebie na trzepaku, na rowerze albo na drzewie, albo w psiej budzie, nie ma wokół mnie wielu ludzi, choć przecież byli. Byli bracia, rodzice, rodzina, sąsiedzi, sporadycznie koleżanki, jakiś chłopiec, z którym codziennie szłam do przedszkola w towarzystwie naszych mam. Byli ludzie, ale nawet z nimi byłam sama. Kiedy myślę o dobrych chwilach mojego dzieciństwa nie ma tam ludzi. Są przede wszystkim zwierzęta. Psy przybłędy, które przyprowadzałam do domu a po powrocie moich rodziców z pracy, psy zwykle trafiały znów na ulicę. Oswajałam piwniczne dzikie koty. Przez chwilę gościłam jeża (nie wiem, gdzie sobie poszedł), była młoda kawka, papużki faliste, ślimaki w słoiku, kanarek, patyczaki i długo by wymieniać. Mówili, że mam “rękę do zwierząt”, że zostanę weterynarzem. Nie zostałam – kiedyś napiszę, dlaczego. Teraz myślę, że to co miałam w sobie przyciągało w pewien sposób zwierzęta i nadal przyciąga, bo mam ich wiele, łącznie z dzikimi ptakami, które karmię z ręki. To nie jest żadna niezwykła moc. To połączenie spokoju, cierpliwości, wysokiej wrażliwości, empatii i swoistego “szkolenia” w toksycznym środowisku. Byłam jako dziecko skrajnie wyczulona na mikro gesty, mimikę, zmianę w tonie głosu, mikro napięcia w ciele itp. To pozwalało mi przetrwać. Teraz dzięki temu wiem w ułamku sekundy nie tylko jakie kto ma zamiary, ale też czytam nastrój, wiem, czy ktoś kłamie, nawet jeśli okłamuje sam siebie, czuję to co w ludziach, znam ich potrzeby zanim wypowiedzą je na głos. Zwierzęta czują się w moim towarzystwie bezpiecznie, szanuję je, nie jestem nachalna, nie dotykam, kiedy tego nie chcą, wiedzą w jakiś sposób, że mogą przy mnie być. I są, zawsze są. Mówili, że mam “to” po prababci. “To” i imię. Kiedy była przy mnie czułam, że jestem bezpieczna, nigdy nie byłam głodna, nigdy nie było mi zimno. Prababcia była wyjątkowa. Mówiła niewiele, ale zawsze to co trzeba. Siadałam z nią w jej kuchni, przy dużym stole i obserwowałam, jak szyje. Pozwalała mi czasem, szyć coś dla siebie, malutki portfelik czy ubranko dla lalki. Na parapecie obok niej spał zwykle kot, który nie odstępował jej na krok. Co rano karmiła dziką wronę i naprawdę cieszyła się jej towarzystwem. Mówiła, że opowiadają sobie nawzajem ciekawe historie. To piękne wspomnienia. Moja prababcia leczyła też ludzi. Nie wiem dokładnie w jaki sposób, byłam za mała, żeby to zrozumieć. Mój ojciec nazywał to “te babci czary mary”. Nie mówił o niej z szacunkiem, z resztą, żadna kobieta nie była chyba jego zdaniem godna szacunku. Nie mniej poddał się raz jej “czary mary”, kiedy po trzech dniach potwornej migreny, któryś już raz wymiotował i nie miał siły się bronić mama przyprowadziła prababcię. Pomogła. Nie wiem jak, ale była skuteczna. Niestety zachorowała na demencję i nie cieszyłam się długo jej obecnością. A była jedyną osobą, która naprawdę była dla mnie. Kiedy zachorowała czułam jakby mnie porzuciła. Tylko ona pamiętała o moich urodzinach, więc szóste urodziny były w pewnym sensie moimi ostatnimi. Mój ojciec mówił o niej “babka”.  Wyśmiewał jej wygląd, bo od siedzenie przy szyciu miała zgarbione plecy, powykręcane artretyzmem palce. Sprawił, że wstydziłam się, kiedy szukaliśmy jej w miasteczku, zgubiła się, zapomniała, gdzie mieszka. Ojciec żartował sobie z niej z ludźmi, którzy pomagali jej szukać jakby chciał ich zabawić w trakcie poszukiwań. To była jedna z najlepszych osób na ziemi i jedyna (jak myślałam przez dziesięciolecia) jaką naprawdę skrzywdziłam… Biegałam wtedy z jakimiś dziećmi po głównej ulicy miasteczka, oddalonej od domu o jakieś trzysta metrów. W oddali zobaczyłam prababcię, szła kołyszącym się krokiem opierając się na lasce. Wiedziałam, że mnie zauważyła i zmierza w moim kierunku. Najpierw udawałam, że jej nie widzę, ale wiedziałam, że się zbliża. Bardzo się wstydziłam przed dziećmi, krzywych pleców prababci. Zawołała mnie, a ja zaczęłam uciekać, wołała mnie i goniła jak mogła najszybciej. Widziałam, że bardzo ją to męczy, że nie może złapać tchu a ja nadal uciekałam. Zatrzymałam się dopiero pod domem. Tam zaczekałam. Prababcia podeszła do mnie ze łzami w oczach. Nic nie powiedziała, otworzyła torbę i powiedziała “Proszę”. W torbie był lód, nie pamiętam w jakim smaku, nie pamiętam, czy go w ogóle zjadłam. Pamiętam roztapiający się lód na dnie torebki… i łzy w oczach prababci. 

    Kiedy wiele, wiele lat później, po “prawie wypadku w pociągu” wybrałam się na hipnozę regresyjną chciałam tak naprawdę zobaczyć dwie rzeczy: chciałam wiedzieć, czy spotkałam już wcześniej Darka i zobaczyć prababcię, żeby jej podziękować i bardzo ją przeprosić. Prababci nie zobaczyłam, ale moja hipnotyzerka powiedziała, że wcale się temu nie dziwi. Bo moja prababcia wcale nie potrzebuje moich przeprosin. Nie zrozumiałam od razu, trzeba było mi wyjaśnić, że byłam wtedy małym dzieckiem, małe dzieci robią głupie rzeczy i dorośli wcale nie mają im tego za złe. Całe życie nosiłam w sobie poczucie winy, że jako pięciolatka skrzywdziłam prababcię. I że jest to krzywda nie do naprawienia. 

  • 2. W PEŁNI. POCZĄTEK

    Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, jestem w drodze, a każda droga musi mieć początek… 

    Noc przesilenia zimowego a jednocześnie przepiękna pełnia, moja pierwsza. Niewielkie, senne miasteczko otoczone lasami, po obu stronach drogi wysokie sosny obciążone grubą warstwą śniegu i widoczny w oddali szpital miejski. Moja matka dotarła niemal w ostatniej chwili. Od pierwszego skurczu poród trwał zaledwie trzy godziny, bo w tym dniu i przez całą resztę mojego życia byłam w pełni gotowa. A “w pełni” stało się mottem mojego życia. 

    Mój ojciec tak bardzo ucieszył się z mojego przyjścia na świat, że w środku zimowej nocy, przedzierając się przez głęboki śnieg wtargnął na posesję miejscowej kwiaciarki. Psy pozbawiły go nogawek spodni a kwiaciarka była zdecydowana dzwonić po milicję, ale podobno głośno krzyczał, “mam córkę pani Jadziu!!!”, co brzmiało nieco inaczej niż “to jest napad!!!” 😉 

    Bez nogawek, ale z bukietem i życzeniami dla mnie i mamy wrócił pod szpital, gdzie mógł nacieszyć oko moim widokiem. Przez okno na pierwszym piętrze położna przycisnęła zawiniątko do szyby, więc moją urodę mógł ocenić dopiero w domu. 

    Myślę, że moje narodziny były jednym z niewielu pięknych momentów w historii ich burzliwego małżeństwa. 

    Rodzice, ja i moi dwaj bracia mieszkaliśmy w domu moich pradziadków, nasze mieszkania miały oddzielne wejścia, ale zawsze mogłam ich odwiedzić, bo drzwi były stale otwarte.  Pradziadek strzelisty jak miejscowa sosna z mlecznobiałym wąsem, który podkręcał niespiesznie pykając z fajeczki, wprowadził mnie w świat natury. To z nim sadziłam fasolkę szparagową i wyrywałam marchew prosto z ziemi, wycierałam o spódniczkę i jadłam (o zgrozo) nie umytą. Razem z nim opiekowałam się małą chorą owieczką, którą zabrał od kogoś kto nie chciał jej leczyć. Od niego dostałam kurę, której czytałam codziennie na ławeczce, a ona zaglądała mi przez ramię przytulona i cicho gdacząca. Pochowaliśmy ją pod wiśnią, która rosła na podwórzu. Pokazywał mi gniazda ptaków, nazywał owady. W pobliskiej rzeczce łowiłam słoikiem rybki, raki i inne stworzenia, przynosiłam do pradziadka a on opowiadał o nich tyle ile wiedział. A wiedział wystarczająco dużo, aby obudzić we mnie bezgraniczną miłość i szacunek dla natury. To dzięki niemu zawsze czułam się częścią świata, nie lepsza i nie gorsza od pasikonika. Bo i ja i pasikonik zajmowaliśmy zdaniem dziadka należne sobie miejsce w świecie. 

    Kiedy miałam może pięć lat, po raz pierwszy postanowiłam uciec z domu. Przeszłam może kilkaset metrów, kiedy zobaczyłam przy tzw. Czarnej drodze słup, a na nim gniazdo bocianów i dwójkę młodych. Chciałam koniecznie zobaczyć, jak jedzą. Wspięłam się więc na drzewo po przeciwnej stronie drogi, bo były to czasy, kiedy naturalnym dla dzieci było chodzenie po drzewach i wiszenie głową w dół na trzepaku. Usiadłam na grubym konarze i mogłam obserwować do woli. Rodzice przynosili do gniazda głównie myszy, więc czekałam na żaby. Spędziłam na drzewie kilka godzin, byłam głodna, zmęczona i spragniona. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak ucieknę jutro i lepiej się przygotuję do drogi.  

    Miałam nadzieję, że ojca nie będzie. Niestety był. Otworzył mi drzwi, zapytał, gdzie byłam, powiedział, że od dawna wszyscy mnie szukali. Opowiedziałam o bocianach, ale nie wspomniałam o ucieczce. Wysłuchał ze spokojem a potem kazał mi się położyć na krześle. Nie chciałam. Rzucił mnie na krzesło i przytrzymując jedną ręką próbował trafić w moją pupę plastikową skakanką. Wyrywałam się i wrzeszczałam a im bardziej wierzgałam tym większą furię w nim wzbudzałam. Krzyczał na mnie, że jego to bardziej boli, kiedy musi bić własną córkę, że gdybym była grzeczna nie musiałby tak cierpieć. Wierzyłam, że tak jest, bo przecież to musiała być prawda, ja nie potrafiłam nikogo uderzyć, bo sama myśl, że to zrobiłoby komuś krzywdę była dla mnie zwyczajnie straszna. Miałam piekące pręgi na plecach, rękach i udach, ale na pupie zadziwiająco mało. Kiedy stwierdził, że już zostałam zdyscyplinowana zawołał mojego o dwa lata starszego brata. Powiedział, że również jego musi ukarać, bo pozwolił mi wyjść za furtkę. Mój brat sam położył się na krześle. Przyjął razy nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zapłakana i zasmarkana patrzyłam na brata, wydawało się jakby go tam nie było. Jakby był w zupełnie innym miejscu. Był moim bohaterem, niedoścignionym wzorem. Ja zawsze się darłam i wyrywałam i miałam poczucie winy, że jestem słaba, że nie mam charakteru, nie potrafię przyjąć kary z godnością i że to wszystko co się stało działo się przeze mnie. Wiele lat później zobaczyłam, że było odwrotnie. Ja walczyłam, walczyłam w pełni, całą sobą a mój brat został złamany już na samym początku. Ja potrafiłam znaleźć siłę, żeby w pełni wybaczyć a on uciekł, schował się w swoim świecie – zachorował na schizofrenię. To było pierwsze lanie, które pamiętam, było ich wiele. Wszystkie podobne, uznawałam wtedy, że to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. Kiedy czytałam mój życiorys na terapii grupowej dla współuzależnionych, żony alkoholików, które widziały nie jedno płakały, a ja nie rozumiałam, dlaczego? Przecież to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. 

    Później w trakcie terapii przypomniało mi się ostatnie lanie, ale to już jest zupełnie inna bajka, więc opowiem o nim innym razem.