W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: odpuszczanie kontroli

  • 45. Rób wszystko po swojemu – sen o tym, że nie trzeba idealnie. 

    22/23.11.2025  

    Dwa sny tej nocy.  

    Sen pierwszy. Niczego nie pamiętam, wiem, że dotyczył pracy. Przebudziłam się ze zdaniem: „rób wszystko po swojemu” (i zazwyczaj tak właśnie w pracy robię😉)  

    Sen drugi. Byłam w domu (nie z realnego życia). Był tam też mój brat, przekonywał mnie, że powinien ze mną zamieszkać, ale na szczęście nie nalegał (wczoraj wieczorem spotkałam na klatce sąsiada chorego na schizofrenię, wystraszył mnie trochę, bardzo źle funkcjonuje, często trafia do szpitala. Mój brat też jest chory na schizofrenię, ale choroba mojego brata jest pod kontrolą i ma łagodniejszy przebieg).  

    Pisałam jakiś wpis na bloga, o tematyce wychowawczo-dydaktycznej, dołączyłam tam listę dzieci, których to dotyczyło. Niechcący kliknęłam coś, co spowodowało, że opublikowałam ten wpis, a nazwiska dzieci pojawiły się w miejscu, które było przeznaczone dla autora. Wystraszyłam się, bo nie miałam zgody rodziców na użycie danych osobowych dzieci. (w realu również coś piszę i dotyczy to dzieci, nie mam jeszcze fizycznie wszystkich zgód rodziców, dzisiaj muszę o to zadbać). Próbowałam to odkręcić, ale nigdzie nie znalazłam napisu “edycja”.  

    Odeszłam od komputera, żeby skupić się na bracie. Nagle zaaferowany pokazał mi, że na ścianie porusza się malutki świetlisty punkt. Powiedział, że to starlinki. Mówił, że są prawdziwe, nie urojone. Przyglądałam się ze spokojem, ale zaciekawiona. Chciałam wiedzieć skąd się to wzięło. Po chwili zaczęły się pojawiać inne obrazy jak wyskakujące okna w komputerze. Domyśliłam się, że to mój komputer odbija obraz na ścianie.  

    Nagle usłyszałam głos Darka mówiący coś o komputerach, coś bardzo technicznego i obraz jakichś płytek z układów scalonych. Powiedziałam zdziwiona „O! To Darek”. (Zdarzało się w realu, że bywał zapraszany do radia lub telewizji regionalnej jako ekspert w swojej dziedzinie). Pojawiła się twarz. Nie była to jednak twarz Darka, choć fryzura i broda w tym samym stylu, z tym, że jaśniejsze. 

    Poszłam piętro wyżej. Tam czekała na mnie matka mojego zawodowego dziecka (zostałyśmy bardzo dobrymi koleżankami w realu). Przyszli na umówioną godzinę, ale nie ja, tylko ona pokazała synowi, co ma robić, mnie pytała tylko o instrukcje.  

    Powiedziałam, że jeśli jej tak dobrze poszło (malowali coś na koszulce 😉) to powinna to teraz wyprasować. Poszłam po żelazko. Wracając na górę spotkałam syna. Miał na oko 10 lat. Był z przyjacielem. Bardzo mnie zagadywali a ja chciałam koniecznie do toalety. Zobaczyłam, że mam spodnie opuszczone do połowy uda. Na szczęście długą koszulę, która mnie okrywała. Problem w tym, że zrobiłam kupę🫣. I stałam tak naprzeciw nich z brudnymi pośladkami rozmawiając jakby nigdy nic. Kiedy tylko udało mi się ich zbyć wyczyściłam się mokrymi chusteczkami, założyłam spodnie i zaniosłam żelazko czekającej na mnie mamie ucznia.  

    W domu było czysto, ale fotel, który rozłożyłyśmy, żeby powstała deska do prasowania był cały w trocinach. Czyściłam go. Kiedy wszystko było przygotowane do prasowania zostawiłam ją z tym i poszłam na dół. Tam ktoś poprosił mnie o kakao (zwykle robię je moim zawodowym dzieciom). Tym razem przyniosłam mleko, kakao i czajnik. Chciałam, żeby sami sobie je przygotowali, ale czegoś brakowało, może kubków a może czegoś innego.  

    Szłam z moimi zawodowymi dziećmi ulicą. Było bardzo dużo ludzi. Szliśmy i wesoło nuciliśmy jakąś kolędę. Nagle zatrzymała mnie jakaś kobieta. Chwyciła mnie za głowę z tyłu po lewej stronie, wyczuła jakiś guzek i trzymała mi dłoń w tym miejscu przez dłuższą chwilę. Jakby chciała mnie uleczyć. Podziękowałam jej najpiękniej jak umiałam, chciałam jej zapłacić, tyle że nie miałam pieniędzy. Pomyślałam, że jej chociaż zaśpiewamy. Usiedliśmy na czym się dało, ja na wysokim krawężniku i nuciliśmy. Jedna z dziewczynek na regale z książkami, który stał na ulicy obok kobiety postawiła telefon włączyła tę samą kolędę i zaczęła śpiewać po angielsku, my nuciłyśmy dalej. Kobieta podziękowała nam, ale powiedziała, że telefon był za głośno.  

    Odprowadziła nas kawałek. Rozmawiałyśmy o reakcjach ludzi na jej pomoc. Jakaś kobieta zareagowała podobno histerycznym śmiechem i krzykami, kiedy usłyszała, że leczy ludzi z miłości. Byłam zdziwiona taką reakcją, jak można nie wiedzieć, że wypełnia nas miłość i wszystko co robimy powinniśmy robić z miłości.  

    Ten sen pokazał mi, że zawsze chciałam perfekcyjnie. Tak, żeby nie narazić się na krytykę, żeby niczego nie zaniedbać, bo jeśli ktoś zauważy, że idealnie nie jest to…

    No właśnie co? Nic przecież nie wybuchnie.  

    A dobro którego doświadczamy? No cóż… jeśli nie masz się czym odwdzięczyć za bezinteresowne dobro, nie szkodzi. Przecież było bezinteresowne. Podziękuj najpiękniej jak potrafisz i ponieś to dobro dalej. Bądź bezinteresownie dobry dla kogoś innego. Może teraz inna osoba bardziej potrzebuje twojego serca. 

    A jak życie się zesra. Bo czasem się zesra. Nie przejmuj się, wytrzyj tyłek i rób swoje.  

    Rób po swojemu.  

    Z miłością. 

  • 41. Procesja dogów niemieckich- sen o mocy spokoju i spokoju dzięki mocy. 

    13/14.11.2025 

    Początku nie pamiętam… 

    Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko. 

    Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść. 

    Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę. 

    Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny. 

    Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru. 

    Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło. 

    Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili. 

    W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne. 

    Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu. 

    Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża.  Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.  

    Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko. 

    Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze. 

    Dlatego ten sen pozostawił we mnie spokój. 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!!