
31.12.2025/1.01.2026
Chyba zapisywałam mojego syna do szkoły. To była nowo powstała elitarna szkoła dla szczególnie uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Dzieci miały być później poddawane weryfikacji. Nie wiem, w jaki sposób.
To było jednocześnie uroczyste otwarcie szkoły. Poznałam tam dyrektora. Zainteresował się mną. Rozmawialiśmy chwilę, chyba lekko flirtował. Dał mojemu synowi prezent. Mały samolot, który latał jak dron. To był elegancki, ale nie „usztywniony”, przystojny mężczyzna w średnim wieku.
Przyszedł do naszego mieszkania. Mieszkanie było nieco inne niż w rzeczywistości. Trochę ciemniejsze ściany (w realu są białe), bez obrazów i ozdób, ale równie przestronne i wysokie. Zamiast balkonu miałam wyjście na całkiem spory „taras-ogród”, z pięknym drzewem, które nie tyle rosło w górę, ile płożyło się na wysokości około 1,5–2 metrów z grubymi, poskręcanymi, bardzo efektownymi konarami. Były tam też inne rośliny. Bardzo piękne miejsce.
Ogród oddzielony był niskim metalowym (raczej prowizorycznym) płotkiem i furtką, która nie była zamknięta.
Mężczyzna przyszedł ze swoją córką. Miała może 2–3 lata. Dałam im coś do picia. Mężczyzna pobrudził się tym, jego córka także. Zaproponowałam, że wypiorę brudne rzeczy. Zgodził się. Zabrałam jego koszulę i zaczęłam rozbierać dziewczynkę.
Zauważyłam, że jej body jest zabrudzone w kroku krwią zmieszaną z jakimś śluzem. Byłam pewna, że jest ofiarą przemocy seksualnej. Nie pokazałam po sobie, że się domyślam, że cokolwiek zauważyłam.
Poszłam podlewać kwiaty i spryskiwałam czymś konary tego pięknego drzewa w nadziei, że pojawi się ktoś z sąsiadów, kto mi pomoże. Był tam tylko ich syn (w realu to sąsiedzi z kamienicy obok. Ich syn odwiedza mnie w mojej firmie, a matka jest pedagogiem szkolnym). Zapytałam, czy mama jest w domu. Była, więc przez ogród weszłam do ich mieszkania.
Powiedziałam, o co podejrzewam mojego gościa, i poprosiłam, żeby wezwali policję, bo nie chcę tego robić ja, tak żeby nie sprawić, że ten człowiek domyśli się, że jest zagrożony, i ucieknie, zabierając dziecko.
Ten mężczyzna przyszedł jednak do sąsiadów, szukając mnie. Nikt nie dał po sobie poznać, że wiedzą. Oglądał mieszkanie i głośno porównywał je z moim. Tam na ścianach były tapety w piękne kwiaty, białe framugi drzwi, wszystko dopracowane i naprawdę ładne, na podłodze jasne panele. U mnie raczej loftowy, surowy styl i parkiet na podłodze, który wymaga remontu (faktycznie tak jest).
Mężczyzna chwalił mieszkanie i głośno uznał, że moje nie dorównuje temu sąsiadów. Trochę mnie to zawstydziło.
Wróciliśmy do mnie. Siedział w fotelu i już wiedział, że jest „więźniem”, że nie pozwolimy mu uciec. Wziął na ręce malutkiego kotka, głaskał go przez chwilę, po czym rzucił nim o ziemię. Podbiegłam, podniosłam kotka. Na szczęście nic mu się nie stało.
Przyszła sąsiadka i zabrała mnie niby na kawę. Wyszłyśmy z budynku. Wiedziałam, że ten człowiek nie opuści w tym czasie mieszkania. Nie mógł tego zrobić sam. Musiał zostać wypuszczony.
Zadzwonił telefon. Jakiś męski głos. To policjant. Powiedział, że już są w drodze i że podjadą w miejsce, w którym umówiła się z nimi sąsiadka. Zapytałam, gdzie. Wymienił nazwę małego parku lub zagajnika oddalonego od naszego domu o jakieś 10 minut drogi.
Byłam zła na sąsiadkę. Nie rozumiałam, dlaczego nie podała im po prostu adresu. Wiedziałam, że jak tylko oprawca opuści moje mieszkanie, po prostu ucieknie.
Chciałam zadzwonić na ten numer i to „odkręcić”. Sąsiadka zamieniła się w moją bliską przyjaciółkę (chrzestną mojego syna). Próbowałam wybrać numer do siebie (?), ale okazało się, że ma telefon starego typu i nie zapisuje ostatniej rozmowy, a każdy numer zawsze trzeba wybierać ręcznie.
Wracałyśmy do domu, a ja próbowałam skontaktować się po drodze z policją.
Dla mnie trudny sen, ale taki, który mogę już unieść.
Przyjaciółka opowiadała mi niedawno o swojej dziecięcej traumie związanej z przemocą. Jej doświadczeń nie opiszę, ale ta historia uruchomiła we mnie inne wspomnienie.
Kiedy zaczynałam moją pracę w szkole podstawowej, na mojej drodze stanęło dziecko – ofiara przemocy. To był ośmioletni chłopiec. Na przedramieniu zauważyłam brzydko gojący się strup, wyglądał jak po oparzeniu. Pytałam, jak się to stało. Chłopiec odpowiedział coś, ale wcale mnie to nie uspokoiło.
Zaprowadziłam go do pielęgniarki, powiedziałam, że idziemy po plaster, ale chciałam, żeby przyjrzała się tej ranie, bo intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe oparzenie.
I nie było!
Na jego ciele było wiele śladów przemocy.
Na szczęście w szkole przypadki przemocy objęte są procedurą. Nie można działać w pojedynkę.
Na szczęście.
Bo wtedy bym poległa.
Pamiętam spokojny głos starszej i doświadczonej pielęgniarki, jej przerażoną twarz, która z tym głosem zupełnie nie współbrzmiała. Pamiętam, jak powiedziała:
“Przyda mi się maść z antybiotykiem, ale pożyczyłam pani pedagog”.
Biegłam korytarzem do pedagoga. Nie pamiętam tej drogi. Byłam jak robot, zupełnie odcięta od czucia, od siebie.
Kiedy zobaczyłam siniaki na plecach tego dziecka, wróciłam do własnego dzieciństwa.
Życie w przetrwaniu odbiera jasność myślenia, elastyczność, kreatywność i kontakt z własnymi emocjami.
Dlatego błogosławione niech będą procedury.
W zespole do spraw interwencji kryzysowej byłyśmy we cztery, a ja w tej bitwie pełniłam rolę “szeregowego”. Nie było mnie wtedy stać na więcej.
Teraz jest już inaczej.
Może przez lata doświadczeń, a może dzięki pracy nad sobą.
Teraz potrafię już zatrzymać się przy drugim człowieku, nie tracąc kontaktu ze sobą.
Bo tylko kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, możesz być naprawdę w kontakcie z drugim człowiekiem.
A kiedy spotkasz człowieka w kryzysie, żeby mu pomóc, możesz zrobić tylko jedno – BYĆ PRZY NIM W PEŁNI.






