W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: małżeństwo

  • 44. Widziane z gór(y) – sen o perspektywie. 

    19/20.11.2025 

    Byłam z rodziną w górach, to chyba był nasz dom. Byli tam moi rodzice (ale nie z realnego życia), ja bardzo młoda i moja koleżanka jako studentka (w realnym życiu razem byłyśmy na terapii grupowej, teraz spotykamy się czasem, ale nie jest mi bardzo bliska). Zajmowałyśmy wspólnie w tym domu duży pokój z wielkimi oknami i widokiem wychodzącym na piękną panoramę gęsto zalesionych gór.  

    Koleżance przeszkadzała moja obecność, chciała być sama. Wpadłam na pomysł, że w takim razie oddam jej mój stary pokój z czasów nastoletnich. Nie ma tam wiele miejsca, ale będzie miała pełną autonomię. Sobie chciałam zostawić większą swobodę. Pomyślałam przez chwilę, że może ja tam wrócę, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo mój stary pokój był zagracony i niewygodny. A koleżanka była mniejsza i nie mogła stawiać warunków, bo nie była u siebie.  

    Wybieraliśmy się na wesele znajomego chłopca. Szliśmy wąskimi uliczkami górskiego malutkiego miasteczka. Przechodziliśmy maleńkimi mostkami lub schodkami. Dom znajomego, w którym było wesele, również był maleńki. Czułam się trochę jak na wakacjach w innym kraju, kiedy ktoś zaprasza do swojego domu i można zobaczyć i „dotknąć” zwyczajów innej kultury. 

    Siedzieliśmy już za stołem. Pan młody pytał o moją koleżankę. Nie było jej z nami. Wiedziałam, że przychodził do niej, wiedziałam, jak bliska była ich relacja. Nie wydawało mi się stosowne, żeby uczestniczyła w tej uroczystości. Jednak za chwilę usłyszeliśmy głos na klatce schodowej. To ta właśnie koleżanka. Rozmawiała przez telefon zanim weszła do środka. Najpierw głosem lekko poirytowanym, później zaczęła krzyczeć. Jak jedna z tych kobiet, które nie panują nad emocjami, są roszczeniowe, wulgarne i pozbawione jakiejkolwiek klasy.  

    Zawstydziła mnie tym zachowaniem. Zastanawiałam się, czy on wiedział, jaka ona jest, czy teraz, kiedy już był poza jej zasięgiem, dopiero odkryła się naprawdę. Ten chłopak zdawał się ją naprawdę kochać pomimo tego, że właśnie (musiał?) ożenić się z inną. Chyba też go zawstydziło zachowanie koleżanki, a może tylko zdziwiło. 

    Czasem nie trzeba wiele, wystarczy zmiana perspektywy.  

    Tkwiąc w relacji z moim mężem, byłam ślepa. Widziałam jedynie co muszę, żeby przetrwać, żeby utrzymać rodzinę w całości. Terapia, szczególnie grupowa zmieniła perspektywę z jakiej na moje małżeństwo mogłam spojrzeć. I zobaczyłam, że jest to dom, w którym nie da się mieszkać.  Wciąż na nowo przybijałam w nim klepki w dziurawym dachu, kiedy pęknięte ściany wymagały nowego tynku. Kiedy zajmowałam się tynkiem, woda lała się przez dach. 

    Relacja z Darkiem, była przepiękna. Jak luksusowy dom pośrodku pięknego ogrodu. Jasny, przestronny cudownie umeblowany, ale kiedy wychodzisz do ogrodu i patrzysz z zewnątrz… widzisz, że brakuje tam dachu i fundamentów. W takim domu mieszkać jest zwyczajnie niebezpiecznie. Bo co się stanie jak przyjdzie deszcz? A przyjdzie. Zawsze przychodzi. 

    Czasem więc, trzeba na dwa dni w góry wyskoczyć i od razu wszystko klarowne.