To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.
Zasnęłam popołudniu. Początku snu nie pamiętam… Byłam na klatce w bloku, w którym mieszkałam jako nastolatka z rodzicami a później przez kilka lat z byłym mężem. Schodziłam z moim synem (we śnie miał kilka lat, teraz jest dorosły) piętro niżej do kolegi. Umówił się z nim na granie na komputerze. Kiedy otwieraliśmy drzwi prowadzące na schody pojawił się obok nas pies. (Chyba moja suczka). Nie chciała wracać do domu, musiałam ją zanieść. Kiedy bezpiecznie zamknęłam psa w domu zeszliśmy po schodach. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam ojciec chłopca. Przywitałam się i poczułam, że muszę wytłumaczyć moją obecność. Bo to trochę dziwne, że matka przychodzi z dzieckiem na takie spotkania, tym bardziej że nie znałam rodziców. Syn i jego kolega zaprosili mnie, bo chcieli koniecznie pokazać mi grę, w którą grają (w życiu realnym syn dzieli się ze mną swoim życiem, doświadczeniami, uczuciami, kłopotami, ale rzadko opowiada w co gra). Chłopcy zaczęli grać. Usiadłam obok nich na podłodze. Opowiadali mi o grze. Ta gra była dziwna, tak jakby przenosiła ich w czasie, ale nie fizycznie tylko mentalnie, byli wtedy oderwani od ciała jakby faktycznie byli w miejscu akcji jednocześnie nie opuszczając pokoju. Chłopcy opowiadali mi, że jak grali poprzedniego dnia gra zaniosła ich w odległą przeszłość chyba do starożytności i tam pili alkohol. Chcieli mi to koniecznie pokazać. Ojciec chłopca (zwracał się do mnie per Ty, zdziwiło mnie to, bo nie znaliśmy się w ogóle, tak jakby to skrócenie dystansu nie było dla mnie komfortowe) przyniósł mi puf i poprosił żebym usiadła na nim. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie buty (takie w których chodzę zimą wysokie przypominające glany, ale bardziej eleganckie). Zauważyłam, że są brudne z boku podeszwy, prawdopodobnie na spacerze wdepnęłam w psią kupę. Przeprosiłam, że weszłam w butach i poprosiłam o coś czym dałoby się posprzątać. Dostałam papierowy ręcznik. Zbierałam okruchy kupy z dywanu, a kiedy skończyłam mężczyzna poprosił żebym oddała mu ręcznik. Chwycił go niezdarnie i wszystko co pozbierałam upadło na podłogę. Przyszła matka chłopca z dzieckiem na rękach. Było to małe dziecko takie jeszcze raczkujące. Pomyślałam, że nie może tak być, że dziecko będzie raczkować po dywanie, na którym były przed chwilą psie odchody. Przyniosłam z mojego domu (domu w ogóle nie pamiętam) Dettol i dokładnie spryskiwałam nim dywan i tarłam ręcznikiem papierowym szczególnie te miejsca w których zauważyłam ślady po odchodach. Dywan był bardzo mokry, płyn był czysty, przejrzysty i natychmiast pokazywał wszystkie nieczystości.
Sen pokazał mi czego będę bała się najbardziej.
Dokładnie miesiąc później bałam się naprawdę.
Nadal się boję.
Alkohol jest grą, której stawka bywa ogromna, a skutki przegranej ponosi często cała rodzina.
Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób.
Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze…
Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie. W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY.
Wtedy przyszedł sen:
17/18.08.2025
Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło.
To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam.
Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.
Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna.
Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:
Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości.
Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością.
Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki.
W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo.
Po wypadku w pociągu wiedziałam już, że musze zejść głębiej. Nie potrzebowałam kolejnej terapii, zresztą w moim mieście wyczerpałam już terapeutyczne możliwości. Poza psychoterapią behawioralno-poznawczą, później psychodynamiczną, wreszcie psychoterapią współuzależnienia poddałam się terapii manualnej (krzyżowo-czaszkowej) i praktyce 5 Rytmów. Teraz wiedziałam, że żeby się uleczyć muszę zejść jeszcze głębiej. Muszę spotkać się ze sobą. Darek opowiadał mi o roślinach mocy i wszelkich innych ceremoniach, którym się poddawał, ale nie przekonuje mnie wprowadzanie do swojego organizmu, żadnych obcych substancji. Nawet niewielkie dawki alkoholu bardziej mnie rozstrajały niż rozluźniały, więc żadne substancje nie wchodziły w grę w moim przypadku. To zwyczajnie nie jest moja droga. Darek kilka tygodni wcześniej przeszedł hipnozę regresyjną, kiedy myślałam o głębi, której potrzebuje na swojej drodze doświadczyć, ta forma wydała mi się dopuszczalna. Postanowiłam umówić się na sesję i po ustaleniu terminu przyszedł sen.
11/12.07.2025
W całkowitej, absolutnej ciemności byliśmy: ja, Darek i młodszy brat Darka, którego nigdy w realu nie poznałam. Staliśmy bardzo blisko siebie. Wyczuwałam ich obecność, wiedziałam, że stoją obok, że są ze mną po to, żeby mnie chronić. Mimo to byłam zaniepokojona. Jakbym bała się, że ich obecność może nie wystarczyć.
Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie.
Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat? Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy. Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.
Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”.
7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej.
Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością.