W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: królowa mieczy

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 26. Dylemat

    DYLEMAT 

    Prawdziwym powodem do rozstania z Darkiem był emocjonalny chaos, który niszczył mnie od środka. Darek poruszał mnie na tylu poziomach, że z jednej strony relacja otwierała mnie z innej ograniczała. Było w niej więcej pytań niż odpowiedzi a w takich sytuacjach mózg sam próbuje wypełnić powstałe luki, pojawiały się więc domysły, scenariusze i niepewność. A niepewność boli najbardziej. Powiedział kiedyś… “Mieszkam z kimś” i z tego zrobiłam główny pretekst. Zobaczyłam to przez moje filtry. Jako zdradzana kiedyś żona chciałam jednego. Nigdy nie być powodem, dla którego jakakolwiek kobieta mogłaby poczuć się jak ja kiedyś. Z tego uczyniłam powód rozstania. Tak naprawdę nigdy nie zapytałam z kim mieszka. Może była to faktycznie kobieta, może mężczyzna, córka a może ciocia Józia, kto wie? No ja nie wiem. Bo nigdy nie zapytałam. Potrzebowałam wtedy zakończyć ten przytłaczający mnie niepewnością ciąg, którego nie chciałam i nie miałam już siły dalej przeżywać. Napisałam bardzo emocjonalnego maila i jednym cięciem zakończyłam tą relację. Bardzo ciekawe jest to, że kiedy wzięłam do ręki karty tarota i zapytałam z czystej naiwności kim jestem, dostałam bardzo precyzyjną odpowiedź: Królowa Mieczy.  

    A najciekawsze jest to, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta intensywność działa się we mnie nie bez powodu. Miałam przeżyć to wszystko właśnie tak jak przeżyłam. I wszystko we mnie było prawdziwe. Miłość, niepewność i morze lęku. 

    Po dwóch dniach od wysłania maila przyszedł sen: 

    22/23.09.2025 

    Przyszłam z moim partnerem (nie nam pojęcia kim był, nie widziałam twarzy, w zasadzie to nie było ważne, byliśmy jakby obok siebie) na dużą polanę w parku. Był tam mój znajomy Przyrodnik pokazywał nam jakieś rośliny, mówił o czymś ważnym z punktu widzenia ekologa. Wracaliśmy na skraj polany przytuleni tzn. Ja i Przyrodnik a partnera trzymałam za rękę. Na obrzeżach stały budynki. Jednym z nich był maleńki z jedzeniem. Taki stacjonarny foodtrack. Kobieta w środku przygotowywała się do otwarcia i chciała koniecznie nauczyć mnie smażenia jakichś cienkich placków. Pracowałam z nią przez chwilę, przynosiłam składniki, mieszałam ciasto w wielkim garnku, ale niczego nie smażyłam. Trochę mnie to sfrustrowało, bo liczyłam na posiłek.  

    Poszłam do mieszkania mojej babci (sama), ze zdziwieniem zauważyłam, że w oknach były kraty. Spoglądałam przez okno i widziałam człowieka, nieokrzesanego, dzikiego polującego na ptaki. Był pięknie zbudowany, smukły i silny zarazem. Miał w sobie jakiś magnetyczny urok. Złapał w locie sowę i rzucił nią w moje okno. Zahaczyła skrzydłem o kraty i w wisiała bezwładnie, ale żyła. Chciałam jej pomóc, kiedy próbowałam wyciągnąć skrzydło, które utknęło w kracie, zauważył mnie. Wskoczył z lekkością na balkon (1 piętro) i podszedł do mnie. Byłam ubrana w suknię w jasnym kolorze. Długą ze sztywnym gorsetem typową dla XIX wieku. Przytulił mnie mocno, pocałował i staliśmy w objęciach dotykając się czule. Był bardzo delikatny. To było bardzo zmysłowe. Usłyszeliśmy hałas na schodach, to policjanci. Wiedziałam, że przyszli po niego. Chciałam, żeby uciekał, ale odmówił. Przytulał mnie nadal, do samego końca. Oderwali go ode mnie i zaciągnęli do otwartego powozu, (coś w stylu dorożki, ale całkowicie drewnianej i bez dachu) zaprzężonego w kare konie. Wybiegłam za nimi i wsiadłam do innego powozu. Jechaliśmy do sądu. Miałam wystąpić w roli jego obrońcy. Kiedy znalazłam się w środku, byłam ubrana jak zwykle, w spodnie i koszulkę pani w sekretariacie również. Zastałam go tam, bez jakiegokolwiek strażnika. Puścił mi oczko i położył palec na ustach. Oszołomiona patrzyłam jak rozmawiając z sekretarką wyciąga z szafek papiery i tworzy z nich szablony, którymi ozdabia pomieszczenie. Wmówił jej, że jesteśmy z ekipy remontowej. Wyszliśmy przez nikogo nie zaczepieni. Biegliśmy korytarzami trzymając się za ręce i śmiejąc głośno.  

    Znaleźliśmy się w dużym kilkupokojowym mieszkaniu. Mieszkało tam oprócz nas kilku studentów. Staliśmy pośrodku dużego, pustego pokoju ze szklanymi drzwiami. Było przez nie widać korytarz i ludzi, którzy się po nim przemieszczają. Zaczęliśmy się całować a potem w pośpiechu ściągać z siebie ubrania.  Byłam półnaga. Kochaliśmy się leżąc na podłodze. Starsza kobieta przechodząc korytarzem zauważyła nas i wtargnęła do środka. Chciała wiedzieć, czy mam prawo tam przebywać. Powiedziałam jej, że to mój rodzinny dom. We śnie tak było w istocie, tylko że właścicielem był już ktoś inny. Wiedziałam, że wprowadziłam ją w błąd. Nie miałam żadnego prawa tam być. 

    Tak właśnie czułam. Czułam, że nie mam prawa do tej relacji. Nie miałam wątpliwości, że kocham, że ten człowiek jest dla mnie bardzo ważny, że otworzył we mnie głęboko ukryte drzwi do duchowości, że nigdy do nikogo nie czułam tak wiele i tak czysto. A mimo to zadałam sobie pytanie “Czy jeśli w tym zostanę będzie to w zgodzie ze mną?” 

    Nie było. Wtedy byłam tego pewna.  

    Na tym etapie nie potrafiłam jeszcze precyzyjnie nazwać tego co czuję. Potrzebowałam czasu i czegoś jeszcze. Czegoś na co nigdy wcześniej nie mogłam sobie pozwolić… CISZY.