W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: kot

  • 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną

    26/27.02.2026 

    Byłam w domu moich rodziców lub w moim mieszkaniu, ale całkowicie zmienionym przez bałagan, składowisko jakichś niepotrzebnych i zniszczonych przedmiotów. Było tam brudno, ale to miejsce było naturalnie połączone z tym, co na zewnątrz, a jednak było budynkiem. 

    Nie byłam sama. Widziałam moją nieżyjącą matkę i starszego brata. Chyba pojawił się też mój syn. 

    W tym „mieszkaniu” były również zwierzęta, z którymi na co dzień mieszkam: moje trzy koty, pies oraz kotka mojego syna. Pojawiły się też dzikie. 

    Zielony wąż byłby bardzo okazały, grubości mojego przedramienia, niestety był krótki. Tak krótki jak moje przedramię. Był przecięty wpół. Zastanawiałam się, co mogło być przyczyną i doszłam do wniosku, że mogło to być koło samochodu mojego ojca, który parkował w miejscu, z którego przypełzł wąż. Teraz samochodu tam nie było, ale na ziemi pozostały ślady opon. 

    Bałam się tego węża. Kiedy pełzł w moją stronę, podniosłam z ziemi spory kawałek przezroczystej, mlecznej folii budowlanej i odganiałam go, machając nią i odsuwając go, kiedy był blisko. Był w bardzo złym stanie. Bałam się go, ale w tym samym stopniu litowałam się nad nim i jednocześnie czułam obrzydzenie. Wąż zniknął, ale wiedziałam, że gdzieś się ukrył. 

    Zobaczyłam nowego „gościa” w tym domu. Był to duży ptak z jakiegoś gatunku grzebiących, dziki, niehodowlany, szary, z ciemniejszymi, chyba nawet czarnymi skrzydłami, wielkości głuszca. Chciałam wziąć go na ręce i zanieść mojej mamie, chciałam, żeby go zobaczyła. Ptak nie był zadowolony, ale pozwolił się przenieść. Nie wywołał w tym domu żadnej sensacji. 

    Wypuściłam go do tej „półotwartej” części domu i znalazłam dla niego gotowany pęczak. Czasem w rzeczywistości karmię takim pęczakiem mojego zaprzyjaźnionego gołębia. Tego ptaka również karmiłam z ręki. 

    Kiedy rozchylił skrzydła, zobaczyłam, że na plecach nie ma piór. Zastanawiałam się, czy coś mu dolega, czy może jest to naturalne dla tego gatunku. 

    Spojrzałam przez okno. W oddali widziałam budynek i okna biura Darka, ale jego samego nie było widać. 

    Zauważyłam, że kotka mojego syna zniknęła. Ani on, ani nikt inny się tym nie przejął. Szukałam jej i nie mogłam znaleźć w tym bałaganie. 

    Kiedy byłam w półotwartej części domu, znalazłam w ziemi otwór, norę o średnicy około siedmiu–ośmiu centymetrów. Pomyślałam, że właśnie tam ukrył się wąż. 

    Postanowiłam posprzątać ten bałagan, oczyścić wszystko i powyrzucać niepotrzebne rzeczy. Myłam naczynia, przesuwałam różne przedmioty, układałam je, ale wciąż niepokoiła mnie myśl o zniknięciu kotki . 

    Postanowiłam zadzwonić do schroniska i zapytać, czy ktoś jej nie przyniósł. Próbowałam wybrać numer, ale wciąż zgłaszał się dyspozytor numeru alarmowego. Rozłączałam się, ale kiedy tylko nacisnęłam jakikolwiek przycisk, znów łączyłam się z numerem 112. 

    Zostawiłam telefon i wyszłam z domu. 

    Doszłam do biblioteki. Chyba była w remoncie. Nie było książek ani mebli. Była tylko pusta sala i jedna bibliotekarka. 

    Zapytałam, czy mogę przynieść i powiesić w bibliotece ogłoszenie o zniknięciu kotki. 

    Przez okna biblioteki widziałam okna biura Darka z bliższej odległości. Widziałam dwóch, może trzech krzątających się mężczyzn, ale jego nie było widać. 

    Przypomniałam sobie, że na opakowaniu jakichś słodyczy, które znalazłam podczas sprzątania, było logo i reklama wydarzenia, w którym firma, której szefem jest Darek, ma wziąć udział. 

    Pomyślałam, że właśnie przygotowują się do tej imprezy. 

    I faktycznie, w rzeczywistości chyba właśnie w ten weekend takie wydarzenie ma się odbyć. Dziś lub jutro ma się rozpocząć. 

    Komentarz zacznę trochę od końca. 

    Bezpośrednio po przebudzeniu zastanawiało mnie, dlaczego obserwuję z tęsknotą okna firmy Darka i nic z tym nie robię. Przecież we śnie bardzo chciałam go zobaczyć. Zaglądałam do okien, szukałam go wzrokiem. Byłam tak blisko. Wystarczyło wejść do budynku i sprawdzić. 

    A jednak nie mogłam sobie na to pozwolić. 

    Myślałam, że to z szacunku do jego granic, ale to nie była prawda. 

    W rzeczywistości tęskniłam jak nigdy wcześniej. W okresie żałoby wspomnienie czułości, jaką mi kiedyś Darek okazywał, było bardzo bolesne. Bo potrzebowałam jej wtedy najbardziej na świecie, a jego przy mnie nie było. 

    I miało go nie być. 

    Bo gdyby był, byłby małym plastrem przyklejonym do olbrzymiej, głębokiej rany. Odwróciłby uwagę od mojego okaleczenia. 

    Sen pokazał mi: 

    Jest w Tobie bardzo okaleczona część. Jeszcze boisz się jej. Jeszcze odganiasz ją od siebie. Jeszcze przez chwilę musi schować się w norze w ziemi. Ale nie możesz już ignorować jej obecności. Przyjdzie dzień, kiedy będziesz musiała się tym zająć. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie jesteś gotowa zobaczyć tej rany w pełni. Bo nie jest to zwykłe zranienie. Nie da się go zalepić plastrem. To alarm wymagający telefonu pod numer 112. 

    Ale na razie musisz nakarmić inne części siebie, zanim zobaczysz to, co głęboko ukryte. 

    A Twoja biblioteka musi zapełnić się wiedzą. 

    Dziś minęło pięć miesięcy od nocy, w której śniłam ten sen. 

    Jestem nakarmiona i uratowana, ale wymagało to zmierzenia się z najczarniejszym. Wymagało zejścia do ciasnej nory. 

    Zeszłam. 

    I wyszłam do światła. 

    Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.  

  • 61. Herbata – sen o tym, że jeśli masz stół i herbatę, to czasem naprawdę wystarczy.

    20/21.01.2026 

    Byłam w wynajmowanym domu, panował tam nieład. W zlewie w garnku, były pierogi. Leżały zanurzone w wodzie. W innym również w wodzie kapusta kiszona. Ktoś z kim wynajmowałam to mieszkanie, chciał to jeszcze zjeść. Uznałam to za niedopuszczalne. Sprzątałam i wyrzucałam szybko jedzenie, żeby nikt nie zdążył mnie powstrzymać. 

    Były w tym mieszkaniu moje cztery koty i nagle przez chwilę było to moje mieszkanie. Najstarsza piętnastoletnia kotka wyskoczyła przez uchylone okno. Usłyszałam, jak uderza w balkon poniżej i spada dalej. Nie patrzyłam przez okno, natychmiast zbiegłam na dół. Myślałam tylko o tym, że muszę jak najszybciej do niej dotrzeć, że spadając z trzeciego piętra, na pewno połamała sobie kości. 

    Na dole spotkałam sąsiadkę. Powiedziała, że widziała, jak kot spada i nagle zniknęła, ale pytała p. Marysię (moją sąsiadkę, zmarłą kilka lat temu) i kota tam nie ma. 

    Moja kamienica na powrót nie wyglądała jak moja, raczej jak jakiś ośrodek wczasowy. Dwu-, trzypiętrowy budynek z dużymi, przesuwanymi oknami lub drzwiami na całą ścianę. 

    Mieszkanie p. Marysi było na parterze (w realu na pierwszym piętrze). Drzwi były otwarte. Zobaczyłam moją kotkę wychodzącą z tych właśnie drzwi. Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce. P. Marysi nie widziałam. Pomyślałam, że nie okłamała sąsiadki, że jest staruszką i mogła kota zwyczajnie nie zauważyć. 

    Niosąc kotkę, sprawdzałam, czy niczego sobie nie uszkodziła. W końcu uderzyła o coś, spadając, ale wszystko było chyba w porządku. Mimo to bacznie ją obserwowałam. 

    Wróciłam do domu, nakarmiłam kotkę i resztę kotów również. 

    W mieszkaniu (tym wynajętym) nadal jeszcze był bałagan, ale to nie był mój bałagan. To tak, jakbym go zastała, wynajmując mieszkanie. Sprzątałam dalej. 

    Do mieszkania weszła jakaś rodzina z labradorem. Chyba trójka rodzeństwa, dwóch lub trzech mężczyzn, tacy młodzi dorośli. Nie mam pewności, czy byli z matką. Możliwe, że tak, bo była tam też kobieta. 

    Trochę bałam się reakcji kotów na psa, a szczególnie martwiłam się kotką. Dopiero przeżyła traumę, a teraz jeszcze pies. Poprosiłam, żeby trzymali go przy sobie i nie pozwolili mu chodzić luzem po mieszkaniu. 

    Miałam pół dzbanka herbaty. Postanowiłam dorobić jej więcej, żeby ich poczęstować. Mieszkanie wyglądało już lepiej, ale nadal byłam skrępowana, że nie jest posprzątane, i przeprosiłam gości za nieład. 

    Nie mam stuprocentowej pewności czy sen przygotowywał mnie na późniejsze wydarzenia, ale czuję, że tak. 

    Niecały miesiąc później zmarł mój młodszy brat. Nikt nie był na to gotowy. Zostawił po sobie bałagan na wielu poziomach i przez przedłużającą się chorobę również w finansach. 

    Pieniędzy wystarczyło tylko na pogrzeb. Rodziny, która licznie zjechała, aby pożegnać mojego brata, nie można było należycie ugościć. Bratowa została niemal bez grosza z trójką dzieci. Nikt nie śmiałby wymagać od niej organizowania stypy. 

    Ja nie mam wiele, ale nigdy nie brakuje mi na nic, czego naprawdę potrzebuję. Mam w sobie ufność, że w tej dziedzinie jestem bezpieczna. 

    Postanowiłam, że moją firmę zamienimy tego dnia w restaurację. Co prawda nie jest przygotowana na tego rodzaju spotkania, ale zrobiłam wszystko, żeby każdy miał miejsce. Kupiłam talerze i obrusy. Znajomy właściciel baru przygotował dla mnie gar ziemniaków, misy surówek i kotlety z kurczaka wielkości talerza z olbrzymią zniżką. Ojciec przyniósł ciasto. 

    A herbatę… herbatę w mojej firmie zawsze można dorobić. 

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.