W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: kot w śnie

  • 77. Koty – sen o tym, co wyrywa się na wolność 

    24/25.04.2026 

    Szłam z grupą przyjaciół (nie z realu) do mieszkania jakiegoś cudzoziemca, który miał zostać deportowany z naszego kraju bez żadnego powodu. Tylko dlatego, że nie był Polakiem. Mieliśmy podpisać petycję. 

    Zapukaliśmy do drzwi. Mężczyzna uchylił je tylko na chwilę i nie wpuścił nas od razu. Nie spodziewał się gości i był zaskoczony liczbą osób stojących za drzwiami, bo po drodze dołączyli do nas kolejni ludzie. 

    W końcu zaprosił nas do środka. Kiedy mnie zobaczył, poprosił, żebym przeszła z nim do innego pokoju. Nie rozumiałam, dlaczego, ale bez wahania weszłam. 

    Poprosił, żebym pokazała mu swoje rysunki. Miałam ze sobą gruby szkicownik. Nie czułam się przygotowana. 

    Rysunki przedstawiały koty. Wszystkie sprawiały wrażenie, jakby uciekały z zamknięcia. Miałam też wyciętego z papieru kota połączonego z prostym mechanizmem z rurki i nitki nawiniętej na małą szpulkę. Kiedy pociągało się za nitkę, kotek wystrzeliwał w powietrze. 

    Ku mojemu zaskoczeniu moje prace bardzo się spodobały. Miały promować trasę koncertową tego cudzoziemca, który podobno był znanym muzykiem. 

    Wyszłam z jego mieszkania. 

    Była noc. Szłam ulicą, kiedy z jednego z okien wychylił się mężczyzna i zawołał mnie po imieniu. Zastanawiałam się, skąd mnie zna. Pomyślałam, że to ktoś z przeszłości, ale nie zatrzymałam się. 

    Doszłam do domu, a właściwie do willi mojego chłopaka. I to naprawdę był chłopak. Spotykałam się z nastolatkiem! 

    To było dziwne, bo czułam, że to zupełnie bez sensu. Przecież to jeszcze dzieciak. 

    Był u niego mały, rozkoszny niedźwiadek. 

    Wracałam tego dnia do siebie z kimś jeszcze – z matką i siostrą? (ale nie z realu). Miałyśmy dwie godziny do odlotu samolotu. 

    Mój „chłopak” żegnał mnie w bardzo dziecięcy sposób. Pocałował mnie w usta, ale nie czułam w tym nic męskiego. 

    Wyruszyłyśmy w drogę. Byłyśmy już blisko lotniska, kiedy okazało się, że niedźwiadek zabrał się z nami. 

    Postanowiłam szybko z nim wrócić i oddać go chłopcu. Czułam, że mam dużo czasu, że zdążę. 

    Główne drzwi były zamknięte, więc przeszłam na tył budynku. Był tam mój „chłopak” i jego koledzy. 

    Pomyślałam, że w sumie fajnie, iż miś uciekł, bo będziemy mogli jeszcze raz się pożegnać. 

    Ale i to pożegnanie mnie rozczarowało. 

    Nie było w nim absolutnie niczego, co chciałam poczuć. 

    To jeden z tych snów, których na razie nie chcę zamykać jednoznaczną interpretacją. Mam wrażenie, że jeszcze dojrzewa. 

    Na dziś wydaje mi się, że jest rodzajem „sprawdzam” ze strony wszechświata. Czy wejdę w coś niedojrzałego? Czy zatrzymam się tylko dlatego, że zawoła mnie ktoś z przeszłości? Czy zawalczę o prawo do inności – może własnej, a może tej wyrażanej przez sztukę? 

    I jest jeszcze ten słodziak – mały miś. Nie zabieram go ze sobą. Odprowadzam go do właściciela, choć jest niedojrzały i pewnie lepiej bym się nim zaopiekowała. A jednak go oddaję. Po prostu dlatego, że nie jest mój. 

    Może właśnie o tym jest ten sen. O rozpoznawaniu tego, co piękne, co porusza, co budzi czułość, ale nie należy do mojej drogi. 

    A może jest zupełnie o czymś innym. 

    Jednego jestem pewna. Koty muszą być wolne. 

  • 74. Woda z sufitu – sen o odwadze spojrzenia w głąb

    15/16.04.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć. 

    Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście. 

    Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi. 

    Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami. 

    W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę. 

    Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy. 

    Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr. 

    Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek. 

    Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy). 

    Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta. 

    Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu. 

    Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły. 

    Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce. 

    Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu. 

    Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta. 

    Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego. 

    Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon. 

    Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek. 

    Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda. 

    Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało. 

    Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam. 

    Krzyknęłam do syna: 

    — To mieszkanie jest strasznie długie! 

    Potwierdził. 

    Nie zdążyłam. 

    Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko: 

    — O. Kurwa! 

    Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji. 

    Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam. 

    Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji. 

    Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie. 

    Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę. 

    Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte. 

    Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję. 

    A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.  

    I nie dziwić się łzom, które naturalnie płyną.