W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: fundamenty

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 44. Widziane z gór(y) – sen o perspektywie. 

    19/20.11.2025 

    Byłam z rodziną w górach, to chyba był nasz dom. Byli tam moi rodzice (ale nie z realnego życia), ja bardzo młoda i moja koleżanka jako studentka (w realnym życiu razem byłyśmy na terapii grupowej, teraz spotykamy się czasem, ale nie jest mi bardzo bliska). Zajmowałyśmy wspólnie w tym domu duży pokój z wielkimi oknami i widokiem wychodzącym na piękną panoramę gęsto zalesionych gór.  

    Koleżance przeszkadzała moja obecność, chciała być sama. Wpadłam na pomysł, że w takim razie oddam jej mój stary pokój z czasów nastoletnich. Nie ma tam wiele miejsca, ale będzie miała pełną autonomię. Sobie chciałam zostawić większą swobodę. Pomyślałam przez chwilę, że może ja tam wrócę, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo mój stary pokój był zagracony i niewygodny. A koleżanka była mniejsza i nie mogła stawiać warunków, bo nie była u siebie.  

    Wybieraliśmy się na wesele znajomego chłopca. Szliśmy wąskimi uliczkami górskiego malutkiego miasteczka. Przechodziliśmy maleńkimi mostkami lub schodkami. Dom znajomego, w którym było wesele, również był maleńki. Czułam się trochę jak na wakacjach w innym kraju, kiedy ktoś zaprasza do swojego domu i można zobaczyć i „dotknąć” zwyczajów innej kultury. 

    Siedzieliśmy już za stołem. Pan młody pytał o moją koleżankę. Nie było jej z nami. Wiedziałam, że przychodził do niej, wiedziałam, jak bliska była ich relacja. Nie wydawało mi się stosowne, żeby uczestniczyła w tej uroczystości. Jednak za chwilę usłyszeliśmy głos na klatce schodowej. To ta właśnie koleżanka. Rozmawiała przez telefon zanim weszła do środka. Najpierw głosem lekko poirytowanym, później zaczęła krzyczeć. Jak jedna z tych kobiet, które nie panują nad emocjami, są roszczeniowe, wulgarne i pozbawione jakiejkolwiek klasy.  

    Zawstydziła mnie tym zachowaniem. Zastanawiałam się, czy on wiedział, jaka ona jest, czy teraz, kiedy już był poza jej zasięgiem, dopiero odkryła się naprawdę. Ten chłopak zdawał się ją naprawdę kochać pomimo tego, że właśnie (musiał?) ożenić się z inną. Chyba też go zawstydziło zachowanie koleżanki, a może tylko zdziwiło. 

    Czasem nie trzeba wiele, wystarczy zmiana perspektywy.  

    Tkwiąc w relacji z moim mężem, byłam ślepa. Widziałam jedynie co muszę, żeby przetrwać, żeby utrzymać rodzinę w całości. Terapia, szczególnie grupowa zmieniła perspektywę z jakiej na moje małżeństwo mogłam spojrzeć. I zobaczyłam, że jest to dom, w którym nie da się mieszkać.  Wciąż na nowo przybijałam w nim klepki w dziurawym dachu, kiedy pęknięte ściany wymagały nowego tynku. Kiedy zajmowałam się tynkiem, woda lała się przez dach. 

    Relacja z Darkiem, była przepiękna. Jak luksusowy dom pośrodku pięknego ogrodu. Jasny, przestronny cudownie umeblowany, ale kiedy wychodzisz do ogrodu i patrzysz z zewnątrz… widzisz, że brakuje tam dachu i fundamentów. W takim domu mieszkać jest zwyczajnie niebezpiecznie. Bo co się stanie jak przyjdzie deszcz? A przyjdzie. Zawsze przychodzi. 

    Czasem więc, trzeba na dwa dni w góry wyskoczyć i od razu wszystko klarowne.