W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: emocjonalne przebudzenie

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością. 

  • 17. Meblowanie barłogu

    Spotkałam się z Darkiem inaczej niż zwykle. Nie w firmie, ale na długim spacerze. Ten spacer uznałam za kompletną porażkę. Upał, ja wyszłam prosto z pracy, bardzo zmęczona, ubrana trochę „niewystarczająco”. On natomiast był piękny… jak chabry i maki. Ja trochę jak siódme dziecko dozorcy. Wokół nas tłumy, trzeba się było przedzierać, wciąż ochraniał mnie, to przed rowerem jadącym chodnikiem, to przed ludźmi wchodzącymi w moją przestrzeń. Czułam się niezręcznie i ta rozmowa inna niż zwykle… Matko! O pracy, zarobkach (nie byłam pewna, czy potrafiłabym zapisać prawidłowo zera w sumie na jaką opiewał kontrakt Darka). Mówił o podróżach, tych byłych i planowanych na za chwilę. Ja wyjechałam w te wakacje na jeden dzień i planowałam jeszcze dwa podobne wypady co było wtedy maksimum moich możliwości. Poczułam, że tego nie przeskoczę, że to nie moja liga. Że przy nim jestem nikim. Tej nocy 5/6.07.2025  przyszedł sen:

    Śniło mi się spotkanie w szerszym gronie. Takie z nocowaniem. Czułam się całkiem dobrze, były rozmowy, obdarowywanie prezentami, wspólne przygotowanie posiłku. Słoneczny ciepły dzień, dużo kolorów. Dobry, piękny czas. Do chwili, w której nie zobaczyłam, gdzie mam spać. Miejsce, które przeznaczone było dla mnie, to był żuli barłóg. Były tam porzucone deski, powykręcane blachy, plandeki, stare śmierdzące ciuchy, mnóstwo śmieci. Byłam przerażona, zaczęłam to miejsce w panice porządkować tak, żeby można tam było w ogóle bezpiecznie przebywać. 

    Czasem myślimy, że miejsce, w którym żyjemy jest dobre i bezpieczne. Do chwili, w której iluzja opada i okazuje się, że to w czym tkwimy to tylko “żuli barłóg”. I nie chodziło o to co posiadam. Chodziło o to kim czuję, że jestem i jaką wagę ma dla mnie to co mam.

    Bo mentalnie, wtedy nadal byłam dziewczynką, która jest niewystarczająca. Inni są lepsi, bogatsi, mądrzejsi. Dla innych życie przygotowało lepsze miejsca do spania. Moje wydawało się żałosną prowizorką stworzoną z czegoś w czym nie da się zamieszkać. Nieważne, ile fakultetów skończę, ile obrazów sprzedam, jak wiele dzieci przyjdzie do mojej firmy i ile pięknych zmian się w nich dokona. Zawsze będzie to niewystarczające.

    Bo ja jestem niewystarczająca.

    Ale sen pokazał mi coś ważnego, że te przekonania można zmienić. Wystarczy dokładnie posprzątać. Kolejny dzień postawił na mojej drodze BRAMĘ, której przekroczenie sprawiło, że nie było już odwrotu. Bo jeśli naprawdę zobaczysz… to już nie odzobaczysz i nie masz wyjścia, musisz zacząć sprzątać. Bo widzisz, że jesteś w miejscu urągającym ludzkiej godności i zamiast wyjść i zobaczyć prawdziwą wartość swojego życia… jeszcze się w tym ciemnym miejscu w panice meblujesz. 

  • 16. Todo cura

    Todo cura 

    Kiedy napisałam do Darka, że udało mi się nareszcie uruchomić w sobie żałobę, chcąc mnie wesprzeć wysłał mi utwór, którego słuchał niejednokrotnie w czasie licznych ceremonii i który bardzo mu w ich trakcie pomagał. Bo przypominał o tym, że mamy w sobie wszystko czego potrzebujemy do uleczenia. Przypominał, że mamy medycynę w sobie. Przyjęłam z wdzięcznością i wrodzoną dawką sceptycyzmu. Tak naprawdę wierzyłam wtedy, że to on – Darek jest moją medycyną. Czułam coś co mogę nazwać połączeniem. Widziałam przecież jak silnie na mój proces oddziałuje jego obecność. Jakie potężne zmiany się we mnie uruchamiają. Nadal twierdzę, że nie pojawił się w moim życiu przypadkiem, ale w tamtym okresie przyklejałam do tej pięknej relacji dodatkowo wielką dawkę romantyzmu. Tym chętniej sięgnęłam po ten utwór… 

    Około 15 czerwca 2025 leżałam w wannie słuchając zapętlonego utworu “Todo Cura Todo Sana”, (uwielbiam wodę i ciepła kąpiel działa na mnie relaksująco, mam też brzydki zwyczaj zasypiania w wannie ;)) wtedy pojawił się “przedsen”- tak będę zjawisko hipnagogiczne nazywać na moje potrzeby 

    Ciemność, ściana roślinności jak dżungla. W oddali pojawiło się niewielkie jasno niebieskie światełko. Pojawiało się i znikało powiększając się nieznacznie, jakby zbliżało się niespiesznie przemierzając las.

    Światło to pojawiało się to znikało za jakimś drzewem. Było co raz większe. Zobaczyłam czarną postać wyłaniającą się z ciemności. Trzymała w rękach kulę (wielkości kuli do kręgli) to była kula niebieskiego światła zamknięta w szklanej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Postać energicznie i z wielką siłą rzuciła kulę w moim kierunku. Widziałam jak lecąc obraca się i dlatego dostrzegłam korek tak wyraźnie. Ocknęłam się w momencie, w którym kula uderzyłaby mnie dokładnie w środek twarzy.  

    Co ciekawe było to doświadczenie podobne temu ze “spadaniem”, tylko, że zwykle miewam wtedy kołatanie serca, czy inny rodzaj niepokoju. W Tym wypadku czułam spokój, pomimo tego, że za chwilę zostałabym uderzona w twarz twardym przedmiotem rzuconym z dużą siłą. Kiedy otworzyłam oczy byłam nie tylko spokojna, czułam się zrelaksowana. 

    Kiedy spotkaliśmy się wreszcie i mieliśmy okazję porozmawiać zrelacjonowałam Darkowi dokładnie moją wizję. Opowiedziałam to jako coś co było dla mnie trochę dziwaczne. Darek wcale się nie zdziwił, wysłuchał mnie uważnie, przez chwilę zastanawiał się w ciszy, a potem powiedział tylko…  “Ale dlaczego z korkiem?”

    Dzisiaj już wiem, dlaczego. 

  • 14. List. Tu wszystko się zaczęło.

    Na początku 2025 roku na wernisażu moich prac pewna kobieta poruszona obrazem, tym, który namalowałam po spotkaniu z Darkiem. Spotkaniu, które uruchomiło we mnie zamrożony smutek. Kobieta zapytała co było inspiracją do powstania tak bardzo emocjonalnego dzieła. Kiedy odpowiadałam zrodziła się we mnie bardzo silna potrzeba, aby Darkowi opowiedzieć jak wiele spotkanie z nim zmieniło w moim życiu i żeby mu zwyczajnie podziękować. 

    Nie widzieliśmy się od lipca, nie było okazji, Darek zamknął firmę nie było więc powodu do spotkań. Późną wiosną byłam szczególnie szczęśliwa, w moim życiu pojawiać zaczęły się całkowicie nowe osoby z zupełnie inną energią, również co zaskakujące mężczyźni, ale nie byłam jeszcze gotowa na relację. Nie miałam takiej potrzeby. Sprawy zawodowe układały się świetnie, a materialne co najmniej zadowalająco. W moim życiu pojawiło się więcej światła i lekkości. Wydawało mi się, że nie może być lepiej, bo przecież nigdy nie było tak dobrze. Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie. Przyszła wtedy refleksja, że gdyby nie Darek nie byłoby mnie w tym pięknym miejscu. I powtórnie pojawiła się we mnie silna potrzeba, żeby okazać Darkowi wdzięczność. Napisałam mail. Opisałam szczerze, ale dość ogólnie, pomijając te “najdziwniejsze” w mojej ocenie doświadczenia proces jaki we mnie dzięki temu spotkaniu zaszedł. Podziękowałam pięknie i nie spodziewając się więcej niż “Super, cieszę się, że mogłem pomóc”, uznałam, że mogę iść dalej w życie. Nie wiedziałam wtedy, że to nie był koniec naszej wspólnej drogi. To był dopiero początek. Początek mojej transformacji, w której Darek był katalizatorem zmian i strażnikiem progu. Po raz drugi dzięki naszej relacji zauważyłam, że to “dobre miejsce” w którym byłam było zaledwie przedpokojem domu, w którym chciałam zamieszkać.  

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam. Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. Trochę dziwne to było zaproszenie. Przeczytał mój wpis na fb, zdawało mi się, że zupełnie neutralny o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na ceremonię kakao bardzo mnie zdziwiło. Bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Bo słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła. Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję a prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”. No jak nie jest? Jak jest! Radze sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć, rozwód -bardzo trudny- ogarniam, chodzę na terapię indywidualną i grupową. Jakie “…będzie dobrze”? JEST DOBRZE!!! Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i z lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach, o tym, że czasem wystarczy złapać za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty. Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu. Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi.