W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: emocje w ciele

  • 15. Wierzba, która leczy

    Zaczęliśmy pisać do siebie regularnie. Dzięki tym listom udało mi się dostrzec, między innymi to, że nigdy nie było przestrzeni na to, żebym mogła przeżyć żałobę po śmierci mojej mamy. Opisałam w odpowiedzi na jego wiadomość o rodowych traumach ciągnących się przez pokoleniach moją “rozmowę” z nieprzytomną już, konającą matką, w której obiecywałam, że nigdy nie dopuszczę do tego, że skrzywdzi mnie jeszcze kiedyś jakikolwiek mężczyzna, tak jak krzywdził mnie mój mąż, jej mąż krzywdził ją, a jej matkę krzywdził jej ojciec a mój dziadek. Obiecałam mojej mamie na łożu śmierci, że już nigdy więcej nie pojawi się przemoc w naszej rodzinie. Zdążyłam opowiedzieć jej to wszystko do czego nie mogłam się przyznać, kiedy żyła, udało mi się podziękować i za wszystko przeprosić. Kiedy napisałam do Darka, wyszłam z psem na długi spacer, myślałam o tej chwili, w której, żegnałam moją mamę, o pogrzebie który był walką z ojcem o szacunek dla niej. O organizacji pogrzebu i stypy, którą wzięłam na siebie, bo chciałam, żeby jej ostatnia droga była tak piękna jak to tylko możliwe. Po pogrzebie, walka o przetrwanie, matura syna, rozwód… żałoba musiała zaczekać. I spotkałam ją pod wierzbą, trzy lata później, dzięki rozmowie z Arkiem, w której jak to zwykle bywało w czasie naszych rozmów USŁYSZAŁAM nareszcie CO MÓWIĘ. Szłam skrajem rzeki na wałach rosła samotna wierzba, kiedy do niej dotarłam zrozumiałam, że nie zrobię ani jednego kroku więcej. Po prostu nie mam już siły. Upadłam na trawę i leżałam tak mając smycz oplecioną wokół nadgarstka. Nie wiem co robił pies. Ja płakałam. Długo… a wierzba szumiała nam nad głową uspokajająco. Podobno wierzba to szczególne drzewo, podobno leczy. Mnie wtedy uleczyła. 

    Kilka dni później miałam sen. 

    Moja mama wstała z łóżka, w którym spędziła swoje ostatnie dni w domu rodziców. Było tam ze mną kilka osób wszyscy z rodziny. Podeszła do mnie i widziałam, że jest zdezorientowana. Powiedziała mi, że się boi, że nie jest pewna czy może iść. Powiedziałam jej uspakajająco, że wszystko jest w porządku, że nie musi się już bać, że jest teraz bezpieczna i spokojnie może odejść. Wyszła tak jak stała w koszuli nocnej i na boso. A ja czułam spokój, wiedziałam, że tak musi być. Że teraz już jest dobrze.

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam. Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. Trochę dziwne to było zaproszenie. Przeczytał mój wpis na fb, zdawało mi się, że zupełnie neutralny o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na ceremonię kakao bardzo mnie zdziwiło. Bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Bo słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła. Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję a prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”. No jak nie jest? Jak jest! Radze sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć, rozwód -bardzo trudny- ogarniam, chodzę na terapię indywidualną i grupową. Jakie “…będzie dobrze”? JEST DOBRZE!!! Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i z lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach, o tym, że czasem wystarczy złapać za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty. Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu. Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi.