W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: czułość dla siebie

  • 32. Wojna, ucieczka i włosy w skarpecie. Sen o tym czego nie da się już ukryć. 

    3 / 4.11.2025 

    Byłam w mieście, w którym wybuchła wojna. Nie było wybuchów czy wystrzałów. Padła taka informacja i w mieście zapanowała panika. Byłam spokojna i obserwowałam. Ktoś mi powiedział, że tacy jak ja są poszukiwani. Byłam kimś ważnym, ale nie jako ktoś bogaty czy pełniący ważną funkcję, ale ktoś kto zagraża „systemowi” i może się stać w jakiś sposób niebezpieczny dla okupantów. Uciekłam z miasta z dwójką dzieci. Jedno było jeszcze niemowlakiem. Miało dziwne włosy, ciemne długie (około 30 cm) sterczące pionowo w górę, ale miękkie i puszyste. Zatrzymywaliśmy samochody, które podwoził nas kawałek lub szliśmy na pieszo. Zajechaliśmy na dłuższą chwilę do jakiejś wioski. Tam nas znano i czuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby się pokazać. Kobieta wpuściła nas na swoje podwórze, chcieliśmy skorzystać z toalety takiej starej drewnianej, stojącej za budynkiem, ale nie dostaliśmy na to zgody. Zaproponowała żebyśmy w tym celu poszli na pole za dom. To było pole kapusty. Oddałam jej niemowlę i poszliśmy, przykucnęliśmy i wtedy zobaczyłam drona, który nas szukał. To dziwne, bo czasy przypomniały raczej drugą wojnę światową. Zobaczyłam, że mam przy sobie telefon i pomyślałam, że właśnie tak nas namierzyli. Zaczęłam go rozmontowywać i niszczyć elementy, które mogłyby być nadajnikiem. Dron odleciał. Siedliśmy wszyscy na ławce. Planowaliśmy dalszą ucieczkę. Próbowałam ujarzmić włosy niemowlęcia, bo były bardzo charakterystyczne, ale bez skutku. Kobieta, która nas gościła zaproponowała, żeby ukryć je w skarpecie. Bardzo mnie to rozbawiło. Był ciąg dalszy, ucieczka, jakiś duży monumentalny budynek, coś ważnego tam robiłam, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. 

    To jeden z tych snów, który nie daje człowiekowi spokoju. Długo układałam go w sobie. A on mówił jedno, wyszłaś z opresyjnego systemu, chronisz nową wersję siebie. Jesteś nową wersją siebie i żadna skarpeta tego nie ukryje. 

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy.