W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: brama

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością.