W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: autentyczność

  • 46. Wystarczy, że jesteś – sen o tym, co się w ogóle nie liczy. 

    23/24.11.2025 

    Leżałam w łóżku. Przebudziło mnie coś. Leżałam, patrząc w ścianę przed sobą. Nagle do mojego łóżka, jakby nigdy nic, wszedł mój były mąż, położył się za mną i objął mnie. Udawałam, że śpię. Tak jakbym chciała dać sobie czas na przemyślenie tego, co się właśnie dzieje. Bo wszedł jak do siebie. Zastanawiałam się, czy jest tak bezczelny, czy może aż tak zaburzony, że nie widzi, że to niedopuszczalne. Byłam spokojna. 

    Kiedy domyśliłam się, że niczego nie wymyślę, „obudziłam się” i zapytałam, czy pokłócił się z kobietą, z którą mieszka. Powiedział, że tak i że wszedł, bo drzwi nie były zamknięte na klucz. 

    Poszłam do syna i powiedziałam mu, jakie były konsekwencje jego zaniedbania (niezamknięcia drzwi na noc). Przyszedł do ojca i nie podał mu ręki na powitanie. Był dumny z siebie, że tego nie zrobił. Zastanawiałam się, czy były mąż sam sobie pójdzie, czy będę musiała coś z tym zrobić. Zostawiłam to chyba, bo pobył jeszcze chwilę w tym śnie, ale był już raczej tłem. 

    Przyjechała jakaś rodzina (nie z realnego życia). Kilka osób przyjechało do moich rodziców, ale nie było dla nich obiadu, więc poszłam do kuchni (zwykle przejmowałam od dziesiątego roku życia obowiązki mojej matki). Był tam straszny bałagan. Nic nie leżało na swoim miejscu, nie mogłam nawet znaleźć garnka. Miałam ugotować ziemniaki i jakiś sos do pieczeni, która stała przygotowana już na blacie. Nie znalazłam ziemniaków, ale znalazłam dużo paczek z kaszą gryczaną. Wróciłam do gości i zapytałam, czy kasza jest opcją, którą wszyscy zaaprobują. Wszyscy byli chętni. 

    Był tam też młody mężczyzna, który był dla mnie szczególnie miły. Zaproponował mi pomoc. Zgodziłam się. Kiedy wracaliśmy do kuchni, zaczepiła mnie ciotka i powiedziała, że to najlepszy wybór, bo to bardzo dobry, ciepły człowiek z poczuciem humoru. Że wszyscy go lubią, że będzie dla mnie dobry i że ma 49 lat. Zdziwiłam się, bo wyglądał bardzo młodo. W dodatku ciotka wciskała mi kuzyna w pierwszej linii! 

    W kuchni zabrałam się za mycie garnka, który udało mi się znaleźć. Odkręciłam kran, ale słyszałam, że woda nie leje się do rur. Zajrzałam pod zlew. Okazało się, że to była pralka, nie zlew, i że rury nie są podłączone. Woda płynęła na podłogę. Była czysta. Zakręciłam kran. 

    Nad „zlewem” wisiało lustro. Zobaczyłam swoje odbicie. Miałam idiotycznie spięte włosy. W pierwszej chwili wystraszyłam się, że mam łysy pasek przebiegający przez środek głowy, od czoła do czubka, ale przyjrzałam się dokładnie. Włosy były spięte i przylegały w tym miejscu bardzo ściśle. 

    Odwróciłam się do kuzyna i zapytałam, czy nie przeszkadza mu to, że wyglądam śmiesznie. Powiedział, że nie i że to się w ogóle nie liczy. 

    Ten sen przypomniał mi o konkretnym doświadczeniu sprzed kilku miesięcy.  

    Darek przed dłuższym wyjazdem chciał mnie odwiedzić, żeby się pożegnać. Powiedziałam, że bardzo bym chciała, ale będę się czuła bardzo niezręcznie. Bo po dziesięciu godzinach pracy będę bardzo zmęczona i nie będę “ani wyglądać, ani ogarniać”. Odpisał mi, że kocha i akceptuje mnie taką jaka jestem.  Że nie ma znaczenia czy “wyglądam”, ani czy “ogarniam”, wystarczy, że jestem.  

    To było najpiękniejsze z naszych spotkań. 

    Dla mnie to niezwykłe doświadczenie. Po dziesięcioleciach zasługiwania na miłość, po raz pierwszy usłyszałam, że: “wystarczy, że JESTEM”.  

    Nie musiałam, być tą która ogarnia, gotuje, sprząta, ratuje ludzi i sytuacje i przy tym nieskazitelnie wygląda.  

    Mogłam nareszcie, choć na chwilę zdjąć zbroję.  

    Miałam prawo być zmęczona, nieuczesana – niedoskonała.  

    Bo to się w ogóle nie liczy. 

    Przecież, wystarczy, że jestem 🤗 

  • 32. Wojna, ucieczka i włosy w skarpecie. Sen o tym czego nie da się już ukryć. 

    3 / 4.11.2025 

    Byłam w mieście, w którym wybuchła wojna. Nie było wybuchów czy wystrzałów. Padła taka informacja i w mieście zapanowała panika. Byłam spokojna i obserwowałam. Ktoś mi powiedział, że tacy jak ja są poszukiwani. Byłam kimś ważnym, ale nie jako ktoś bogaty czy pełniący ważną funkcję, ale ktoś kto zagraża „systemowi” i może się stać w jakiś sposób niebezpieczny dla okupantów. Uciekłam z miasta z dwójką dzieci. Jedno było jeszcze niemowlakiem. Miało dziwne włosy, ciemne długie (około 30 cm) sterczące pionowo w górę, ale miękkie i puszyste. Zatrzymywaliśmy samochody, które podwoził nas kawałek lub szliśmy na pieszo. Zajechaliśmy na dłuższą chwilę do jakiejś wioski. Tam nas znano i czuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby się pokazać. Kobieta wpuściła nas na swoje podwórze, chcieliśmy skorzystać z toalety takiej starej drewnianej, stojącej za budynkiem, ale nie dostaliśmy na to zgody. Zaproponowała żebyśmy w tym celu poszli na pole za dom. To było pole kapusty. Oddałam jej niemowlę i poszliśmy, przykucnęliśmy i wtedy zobaczyłam drona, który nas szukał. To dziwne, bo czasy przypomniały raczej drugą wojnę światową. Zobaczyłam, że mam przy sobie telefon i pomyślałam, że właśnie tak nas namierzyli. Zaczęłam go rozmontowywać i niszczyć elementy, które mogłyby być nadajnikiem. Dron odleciał. Siedliśmy wszyscy na ławce. Planowaliśmy dalszą ucieczkę. Próbowałam ujarzmić włosy niemowlęcia, bo były bardzo charakterystyczne, ale bez skutku. Kobieta, która nas gościła zaproponowała, żeby ukryć je w skarpecie. Bardzo mnie to rozbawiło. Był ciąg dalszy, ucieczka, jakiś duży monumentalny budynek, coś ważnego tam robiłam, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. 

    To jeden z tych snów, który nie daje człowiekowi spokoju. Długo układałam go w sobie. A on mówił jedno, wyszłaś z opresyjnego systemu, chronisz nową wersję siebie. Jesteś nową wersją siebie i żadna skarpeta tego nie ukryje. 

  • 29. Sen o głodzie 

    21/22.10.2025 

    Przebudziłam się w środku nocy nie pamiętam co mi się śniło, ale zostało zdanie: “Jesteś odłączona od wyższej jaźni”. Zasnęłam ponownie i przyszedł sen:  

    Ośrodek kolonijny, byłam uczestnikiem, mimo że we śnie miałam 28 lat. Budynek przypominał niewielką wiejską szkołę. Piętrowa w stylu starej kamienicy. Drewniane poręcze schodów i drzwi pomalowane farbą olejną na jasnozielony kolor. Pomagałam komuś w czymś (nie pamiętam o co chodziło) w związku z tym spóźniłam się na obiad. Zostały resztki i wszystko co leżało na stołach było z mięsem (jestem wegetarianką). Podeszłam do p. Oli była tam dyrektorem. Poskarżyłam się, że nie zostawiono dla mnie posiłku, mimo faktu, że byłam „oddelegowana” do pomocy komuś i było to ważne.  

    Poszłam do kuchni nic tam już z obiadu nie zostało, ale jako kolejne danie przygotowane czekały duuuuże pierogi z owocami. Kucharka odmówiła, kiedy poprosiłam o choć jednego. Była opryskliwa i bardzo nieprzyjemna. Poszłam do kierownika. Nie przejął się moim głodem ani zachowaniem kucharki. Kazał mi czekać do jutra. Oburzona wyszłam z budynku. Szłam ulicą wypełnioną niskimi domami. Pośród których znajdowały się niewielkie sklepy i lokale usługowe. Mijałam kolejne restauracje, w którejś z nich postanowiłam zjeść a rachunek przedstawić kierownikowi. Niestety, żadna z restauracji nie spełniała moich oczekiwań. Same „mordownie” w których już przez okno było widać i słychać, że nie jest to miejsce dla mnie. Spotkałam Panią Olę. Zmartwiła się widząc mnie poza budynkiem, zapytała co zamierzam zrobić? Opowiedziałam, że chcę zjeść i jestem zdeterminowana. Nie zostałam zrozumiana. Musiałam wypowiedzieć zdanie „chcę zadbać o moje potrzeby i nie obchodzi mnie zdanie innych” żeby wyraziła z wyraźną rezygnacją zgodę. Szukałam nadal miejsca dla siebie. Opuściłam już Miasto, kiedy natrafiłam na zlot samochodowy. Stare samochody wyścigowe czekały na start, miały ścigać się na dużej łące. Widziałam ludzi jedzących hot dogi i hamburgery. Zapytałam jednego z mężczyzn, gdzie można tu zjeść, wskazał mi obskurną budkę. Nie zjadłam niczego. Nie znalazłam dla siebie miejsca. 

    Ten sen to moje życie w pigułce. Od wczesnego dzieciństwa oddelegowana do pracy dla innych. Moje potrzeby były niezauważane. Sama przestałam je w końcu czuć. A teraz, czuję GŁÓD i nie chodzi tu o jedzenie. Jestem głodna uwagi, czułości, odpoczynku, bezpieczeństwa. Głodna miejsca, w którym mogę być sobą. Głodna ludzi, przy których nie muszę zasługiwać na prawo do istnienia. Głodna życia, które będzie naprawdę moje. 

    Dziś wiem już jedno. Wolę być przez jakiś czas głodna niż karmić się byle czym. 

    Dlatego nadal szukam. 

  • 14. List. Tu wszystko się zaczęło.

    Na początku 2025 roku na wernisażu moich prac pewna kobieta poruszona obrazem, tym, który namalowałam po spotkaniu z Darkiem. Spotkaniu, które uruchomiło we mnie zamrożony smutek. Kobieta zapytała co było inspiracją do powstania tak bardzo emocjonalnego dzieła. Kiedy odpowiadałam zrodziła się we mnie bardzo silna potrzeba, aby Darkowi opowiedzieć jak wiele spotkanie z nim zmieniło w moim życiu i żeby mu zwyczajnie podziękować. 

    Nie widzieliśmy się od lipca, nie było okazji, Darek zamknął firmę nie było więc powodu do spotkań. Późną wiosną byłam szczególnie szczęśliwa, w moim życiu pojawiać zaczęły się całkowicie nowe osoby z zupełnie inną energią, również co zaskakujące mężczyźni, ale nie byłam jeszcze gotowa na relację. Nie miałam takiej potrzeby. Sprawy zawodowe układały się świetnie, a materialne co najmniej zadowalająco. W moim życiu pojawiło się więcej światła i lekkości. Wydawało mi się, że nie może być lepiej, bo przecież nigdy nie było tak dobrze. Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie. Przyszła wtedy refleksja, że gdyby nie Darek nie byłoby mnie w tym pięknym miejscu. I powtórnie pojawiła się we mnie silna potrzeba, żeby okazać Darkowi wdzięczność. Napisałam mail. Opisałam szczerze, ale dość ogólnie, pomijając te “najdziwniejsze” w mojej ocenie doświadczenia proces jaki we mnie dzięki temu spotkaniu zaszedł. Podziękowałam pięknie i nie spodziewając się więcej niż “Super, cieszę się, że mogłem pomóc”, uznałam, że mogę iść dalej w życie. Nie wiedziałam wtedy, że to nie był koniec naszej wspólnej drogi. To był dopiero początek. Początek mojej transformacji, w której Darek był katalizatorem zmian i strażnikiem progu. Po raz drugi dzięki naszej relacji zauważyłam, że to “dobre miejsce” w którym byłam było zaledwie przedpokojem domu, w którym chciałam zamieszkać.  

  • 13. Czułość. Sen o ratowaniu. 

    Raczej nie jestem osobą skłonną do bliskiego kontaktu i zażyłości z ludźmi, nawet z najbliższymi, tylko moje dziecko było przytulane i całowane zupełnie naturalnie. Mój były mąż bliskość automatycznie wiązał z seksem. Ojciec nie był czuły a kontakt fizyczny kojarzył mi się jedynie z przemocą z jego strony. Matka czułość okazywała międląc moje ucho, co mnie tylko denerwowało, więc unikałam tego jak tylko mogłam. Z zasady więc nie dotykam ludzi, chyba, że oni wyjdą z tym pierwsi. Moje zawodowe dzieci często chcą się przytulać, z tym nie mam problemu, bo to dzieci. A dzieci mają wielką potrzebę przytulania ludzi, których uznają za ważnych. Czuję się więc zaszczycona i z radością przytulam.  

    Kiedyś Darek zorganizował dla moich zawodowych dzieci specjalną imprezę, zaproszeni byli też rodzice.  Miało mnie tam nie być, choć byłam zaproszona (nie chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu, uważałam, że to rodzice powinni byli tam być ze swoimi pociechami, nie chciałam zakłócać tego spotkania moją obecnością, była to pierwsza okazja, kiedy udało się zaangażować rodziców w życie naszej małej społeczności) ale nie miał kto przyprowadzić chłopca z domu dziecka, więc musiałam jednak być obecna. Wydarzenie było przepięknym świętem dla moich dzieci. Cudowne kakao, pyszne ciasto i zabawa bez granic. Patrzyłam na radość moich podopiecznych, na uśmiechnięte twarze rodziców. Byłam Darkowi bezgranicznie wdzięczna. Kiedy wszyscy już wyszli podeszłam do Darka, żeby mu podziękować i spontanicznie, zupełnie naturalnie go przytuliłam. Zdarzało mi się już przytulać ludzi w podobnych sytuacjach, to taki towarzyski gest “dziękuję”, absolutnie nic osobistego. W tym wypadku było inaczej. Darek przytulił mnie w bardzo czuły i absolutnie nieprzekraczający sposób, dotykając jednocześnie policzkiem mojego policzka. Poczułam ciepło, co ja mówię… gorąco na mojej twarzy. Jego policzek był bardzo ciepły i miałam dziwne uczucie jakby to ciepło we mnie wniknęło i pozostało. Kiedy tylko pomyślałam o tej chwili, przez dobre dwa tygodnie czułam ciepło na policzku i … byłam tak bardzo pogubiona. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Otworzyła się we mnie dzięki temu wydarzeniu, jakaś bardzo długo zamknięta część. Pojawiło się we mnie nieoczekiwanie miejsce na bezpieczną czułość w relacji z mężczyzną. To było coś OGROMNEGO. Nie byłam wtedy na to gotowa, ale otworzyło to swego rodzaju “kanał czułości”, który dojrzewał we mnie przez najbliższy rok. A ciepło rosło i stawało się powoli naturalne i bezpieczne. Kilka tygodni po tym wydarzeniu  przyszedł sen: 

     Sen o ratowaniu Darka, lipiec 2024 

    Przechodziłam obok firmy Darka. Może chciałam iść do pobliskiego zakładu usługowego, nie pamiętam. W każdym razie nie planowałam wejść do środka. Po prostu przechodziłam obok. Zaniepokoiły mnie jednak jakieś dziwne hałasy, podniesione głosy, dźwięki jakby uderzania ciężkimi przedmiotami. Było to bardzo niepokojące. Weszłam do środka i zobaczyłam go. Stał pośrodku największego z pomieszczeń i chwiał się na nogach. Nie miał siły zrobić nawet jednego kroku. Podbiegłam i przytrzymałam go w ostatniej chwili. Próbowałam zaprowadzić go do łóżka. Do firmy przylegało mieszkanie, wyglądało na “służbowe”. Bardzo surowe w wystroju, ale było bezpiecznym miejscem. Darek był bardzo ciężki i bez przerwy mnie za to przepraszał. Byli tam też dwaj  mężczyźni,  współpracownicy Darka. Jednego z nich poznałam osobiście i bardzo polubiłam w realnym życiu, drugiego widziałam tylko raz, kiedyś w przelocie. Ten drugi w śnie był bardzo agresywny, wrzeszczał na Darka “masz natychmiast wracać”, “w dupie mam, jak się czujesz” i inne w tym stylu mocno okraszone przekleństwami. Chciał nas zatrzymać siłą. Ten Pierwszy próbował go odciągnąć, szarpali się, przewracali sprzęty, na podłogę spadały elementy wyposażenia bardzo charakterystyczne dla tego miejsca. Zapytałam Pierwszego czy uda mu się ustawić z tych sprzętów mur, który nas ochroni? Musiałam obiecać, że dopilnuję, żeby Darek wrócił. Skłamałam wtedy z premedytacją, że TAK. Ale nie miałam zamiaru obiecywać za niego. Pomógł mi przeprowadzić Darka budując mur. Temu Drugiemu wydałam jakieś absurdalne dyspozycje, żeby odwrócić jego uwagę od Pierwszego. Przeszliśmy. Zatrzasnęłam drzwi i ułożyłam Darka na łóżku. Było cicho i spokojnie. Klęczałam obok jego łóżka. Pocałowałam go w czoło i gładziłam włosy a on mamrotał wciąż, że jesteś ciężki i że przeprasza. Miałam wrażenie, że już śpi, kiedy to mówi. Upewniłam się, że śpi i dopiero wtedy się rozpłakałam. 

    Kiedy nasze policzki się spotkały, mój układ nerwowy dostał coś, czego wcześniej nie znał. 
    Doświadczenie, że kontakt z mężczyzną może być ciepły, delikatny, czuły, nieprzemocowy i niewymagający. 
    Może być BEZPIECZNY. 

    Nigdy nie powiedziałam Darkowi, co wtedy poczułam, a mimo wszystko rok później CZUŁOŚĆ była głównym uczuciem, z jakim kojarzyłam naszą relację. A sen sprzed roku okazał się cichą zapowiedzią przyszłej bliskości.

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam. Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. Trochę dziwne to było zaproszenie. Przeczytał mój wpis na fb, zdawało mi się, że zupełnie neutralny o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na ceremonię kakao bardzo mnie zdziwiło. Bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Bo słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła. Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję a prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”. No jak nie jest? Jak jest! Radze sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć, rozwód -bardzo trudny- ogarniam, chodzę na terapię indywidualną i grupową. Jakie “…będzie dobrze”? JEST DOBRZE!!! Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i z lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach, o tym, że czasem wystarczy złapać za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty. Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu. Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi.