W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: alkoholizm

  • 63. Pastelowy tukan – sen prowadzący do wyjścia.

    28/29.01.2026 

    Na początku szpital albo raczej SOR. Nie wiem, dlaczego się tam wybrałam, raczej nie potrzebowałam pomocy. Czekałam na swoją kolej. Nie był to główny punkt przyjęć, bo tam były dzikie tłumy, tylko jakiś boczny pokój. 

    Był tam młody lekarz, bardzo sympatyczny, który powiedział, że mogę zostawić wierzchnie ubranie i buty. Kolejka była również tutaj, więc trzeba było czekać. Żeby mi było wygodniej i żebym się nie przegrzała, zostawiłam swoje rzeczy. 

    Nie wiem, czy nie byłam tam z synem. Nie mam pewności. Buty były chyba istotne, bo czekając w kolejnym pomieszczeniu, nie pamiętam, żebym była boso. Czekając, robiłam coś związanego z pracą, ale co dziwne miało to związek z pracą mojego byłego męża w liceum. 

    Pojawiały się jego koleżanki, ale nie mam pewności, czy nie rozmawiałam z nimi również na temat syna, uczył się w tym samym liceum. To chyba nie było ważne. 

    Kiedy chciałam wyjść, wróciłam do pokoju, w którym zostawiłam buty. Szukałam, ale nie mogłam ich znaleźć. Tam, gdzie je zostawiłam, było mnóstwo butów innych pacjentów. Założyłam jakieś podobne, ale miały odkryte palce, a moje były pełne, więc szukałam dalej. Pytałam lekarza, który tam przyjmował, ale polecił mi odnaleźć swojego kolegę, który przyjął ode mnie moje rzeczy. Niestety nigdzie go nie było. Nie wiem, czy odnalazłam buty. 

    Kolejna scena. 

    Na Facebooku, na grupie na temat ornitologii, do której należę, zobaczyłam zdjęcie skrzydła pustułki. Zapytałam, gdzie zdjęcie zostało zrobione, bo koniecznie chciałam znaleźć to skrzydło. 

    Kobieta odpisała mi. Podała dokładną lokalizację. Napisała, że leży przy klatce z uroczymi stworzeniami, może to były wydry, a może nieświszczuki. Wiedziałam, gdzie to jest, na obrzeżach zoo, przy wąskiej rzeczce. Byłam pewna, że znajdę. Wiedziałam, że to jest za konkretną klatką. 

    Przewinęłam coś niechcący palcami i zgubiłam ten post, a bardzo chciałam napisać, że jej dziękuję, ale już nie mogłam tego zrobić, bo post zniknął. 

    Natychmiast się tam wybrałam. Chyba nie byłam sama przez cały czas, ale nie mam pewności, z kim byłam. Nie będę wymyślać. 

    Poszłam za tą klatkę, widziałam gryzonie i nagle w miejscu klatki pojawiło się łóżko. Metalowe, białe (jak kiedyś w szpitalach), w którym leżała moja teściowa. Skrzydło miało być za klatką, więc włożyłam rękę za poduszkę mojej teściowej i wyjęłam stamtąd martwego wróbla. 

    Spodziewałam się skrzydła, suchego skrzydła pustułki, a tam był martwy wróbel. Nie wiem, czy z zaskoczenia, czy z przerażenia, czy może z obrzydzenia, rzuciłam tego wróbla gdzieś daleko w krzaki. Byłam z psem, który pobiegł w tamtą stronę, bo moja suczka lubi aportować. Pobiegłam razem z nią, żeby nie zjadła tego martwego ptaka. Udało mi się wyrzucić wróbla za ogrodzenie, tak żeby pies nie miał do niego dostępu. 

    Wróciłam do teściowej, stałam przy jej łóżku, rozmawiałyśmy i nagle zobaczyłam olbrzymiego, dziwnego tukana. Był jasny, pastelowy, z czerwoną plamą nad ogonem. Miał potężny żółty dziób. Był wielkości przerośniętego pelikana. Był piękny. Stanął na ścieżce i wyglądał na zagubionego. Spojrzałam na niego i przywołałam go, a on szedł w moim kierunku. Najpierw troszkę się przestraszyłam tego olbrzymiego dzioba, ale potem sobie pomyślałam, że on z pewnością pochodzi z jakiejś hodowli, bo w naszym kraju nie występują takie ptaki. Więc spróbowałam go pogłaskać. Pozwolił mi na to i szedł za mną jak pies. 

    Pokazałam go teściowej, ale trochę się go obawiała. Zapytałam, czy ma jakieś owoce, bo nie do końca wiedziałam, czym się żywią tukany, ale pomyślałam, że owocami. Teściowa wstała i poszłyśmy w stronę ogrodów. Powiedziała, że ma malinki. Wyciągnęła metalową menażkę wypełnioną jakąś dziwną szarą mazią. Nie wiem, co to było. To było jak przemielone maliny, ale z dodatkiem jakiegoś badziewia, było brudnoszare. 

    Powiedziałam, że ptak nie będzie jadł czegoś takiego i poszliśmy dalej. Doszłyśmy do ogródków, raczej warzywnych, ale wyglądały mizernie. Nie byłyśmy ich właścicielami ani ja, ani teściowa. Ten ptak wyrwał trzy długie na wysokość, może półtora metra, rośliny. Nazwałam to sałatą, chociaż wyglądało jak cienki, miękki patyk z mizernymi listkami porozmieszczanymi losowo na całej długości. Kiedy ptak wyrwał je i zjadał, teściowa powiedziała: 

    – To nie nasze. 

    Była trochę wystraszona ewentualnymi konsekwencjami. 

    Powiedziałam, że nie ma sprawy, że on to wybrał, to znaczy, że to jest dla niego i w razie czego ja biorę na siebie odpowiedzialność. 

    Później weszliśmy do domu w starym, wiejskim stylu. Możliwe, że to dom właścicieli ogródków. Było nas kilkoro. Na pewno był tam jakiś mężczyzna i możliwe, że mój syn, ale jako nastolatek z dziewczynką w podobnym wieku. 

    Dom był bardzo zaniedbany. Zwróciłam uwagę na stare drewniane drzwi, klamka też jakaś taka… Wszystko tam było bardzo stare. Czułam, że ktoś rzucił klątwę na ten dom. Byłam zdziwiona, że tam się nie sprząta. 

    Kilka razy otwierałam tam drzwi i przy każdej klamce, ale nie na klamce, tylko na elemencie, który mocuje klamkę do drzwi, były plamy jakby rozmielonej zieleniny, takie zaschnięte rozchlapane paćki z zielonej mazi. 

    I kiedy zobaczyłam pierwsze drzwi, nie pomyślałam niczego złego. Wyglądało to trochę jak sztuczny mech. Drugie drzwi mnie trochę zaniepokoiły. Pomyślałam wtedy, że możliwe, że ktoś właśnie w ten sposób rzucił klątwę na ten dom. 

    Wyszliśmy stamtąd, ale niepokój pozostał. 

    Szliśmy wzdłuż nasypu kolejowego chyba do domu. Ja z tym mężczyzną szłam w dole, a po drugiej stronie torów górą szedł mój syn z kimś z tego domu. Nadjechał długi pociąg towarowy i pomyślałam sobie, że powinniśmy iść drugą stroną, górą, dlatego że ten pociąg, gdyby coś się stało i spadły wagony, spadłyby przecież bezpośrednio na nas, spadłyby przecież w dół. Wagony bardzo niebezpiecznie się chwiały, wyglądało to dość niepokojąco. 

    Na szczęście wagony nie upadły, a pociąg przejechał. 

    Miałam silną potrzebę opowiedzenia o tym, że dom, w którym byliśmy, został obłożony klątwą i dlatego jego mieszkańcy są tacy biedni i że jest tam coś bardzo złego, coś złego się tam dzieje. 

    Zawołałam mojego byłego męża (nie wiem, czy był ze mną cały czas) i powiedziałam, że muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. A on chyba źle zrozumiał „poważnie porozmawiać”, bo od razu zaczął się tłumaczyć, że TA kobieta była nachalna, że to ona chciała. 

    Powiedziałam, że ja w ogóle nie o tym, że mnie to nie interesuje, że mam ważniejszą sprawę. 

    Nie wiem w końcu, czy udało mi się powiedzieć mężowi o klątwie. I czy zrobiliśmy coś, aby pomóc tej rodzinie. 

    Zastanawiałam się długo, dlaczego w tym śnie pojawiła się teściowa. Prawie trzydzieści lat temu, kiedy ją poznałam, zobaczyłam kobietę silną, apodyktyczną, inteligentną. Pełniła wtedy ważną funkcję, była w swoim środowisku zawodowym rozpoznawalna i ceniona w skali kraju. Poznałyśmy się w wakacje, mieszkaliśmy u niej z mężem przez dwa miesiące. Wyjechaliśmy na tydzień, po powrocie, pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda człowiek po tygodniowym ciągu alkoholowym. Było to wstrząsające. Tym bardziej, że nie byłam w stanie połączyć tych dwóch obrazów. Kobiety trzeźwej, wyniosłej i tej drugiej zniszczonej, wręcz upodlonej przez alkohol. 

    Tkwiłam w tym chaosie dwadzieścia sześć lat. 

    Wyruszyłam nareszcie w drogę. Moim skrzydłem pustułki, była chęć uzdrowienia tej rodziny. Niestety było za późno. Choroba alkoholowa jest tam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Prawdziwym ratunkiem dla mnie i syna okazało się opuszczenie tego domu.  

    A TUKAN? On zostanie ze mną. Pokazał mi wyraźnie czym nie można się karmić i zaprowadził mnie ku wyjściu z domu obłożonego klątwą. 

  • 36. Nieczysta gra – Sen o lęku przed powtórzeniem wzorca. 

    10.11.2025 

    Zasnęłam popołudniu. Początku snu nie pamiętam… Byłam na klatce w bloku, w którym mieszkałam jako nastolatka z rodzicami a później przez kilka lat z byłym mężem. Schodziłam z moim synem (we śnie miał kilka lat, teraz jest dorosły) piętro niżej do kolegi. Umówił się z nim na granie na komputerze. Kiedy otwieraliśmy drzwi prowadzące na schody pojawił się obok nas pies. (Chyba moja suczka). Nie chciała wracać do domu, musiałam ją zanieść. Kiedy bezpiecznie zamknęłam psa w domu zeszliśmy po schodach. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam ojciec chłopca. Przywitałam się i poczułam, że muszę wytłumaczyć moją obecność. Bo to trochę dziwne, że matka przychodzi z dzieckiem na takie spotkania, tym bardziej że nie znałam rodziców. Syn i jego kolega zaprosili mnie, bo chcieli koniecznie pokazać mi grę, w którą grają (w życiu realnym syn dzieli się ze mną swoim życiem, doświadczeniami, uczuciami, kłopotami, ale rzadko opowiada w co gra). Chłopcy zaczęli grać. Usiadłam obok nich na podłodze. Opowiadali mi o grze. Ta gra była dziwna, tak jakby przenosiła ich w czasie, ale nie fizycznie tylko mentalnie, byli wtedy oderwani od ciała jakby faktycznie byli w miejscu akcji jednocześnie nie opuszczając pokoju. Chłopcy opowiadali mi, że jak grali poprzedniego dnia gra zaniosła ich w odległą przeszłość chyba do starożytności i tam pili alkohol. Chcieli mi to koniecznie pokazać. Ojciec chłopca (zwracał się do mnie per Ty, zdziwiło mnie to, bo nie znaliśmy się w ogóle, tak jakby to skrócenie dystansu nie było dla mnie komfortowe) przyniósł mi puf i poprosił żebym usiadła na nim. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie buty (takie w których chodzę zimą wysokie przypominające glany, ale bardziej eleganckie). Zauważyłam, że są brudne z boku podeszwy, prawdopodobnie na spacerze wdepnęłam w psią kupę. Przeprosiłam, że weszłam w butach i poprosiłam o coś czym dałoby się posprzątać. Dostałam papierowy ręcznik. Zbierałam okruchy kupy z dywanu, a kiedy skończyłam mężczyzna poprosił żebym oddała mu ręcznik. Chwycił go niezdarnie i wszystko co pozbierałam upadło na podłogę. Przyszła matka chłopca z dzieckiem na rękach. Było to małe dziecko takie jeszcze raczkujące. Pomyślałam, że nie może tak być, że dziecko będzie raczkować po dywanie, na którym były przed chwilą psie odchody. Przyniosłam z mojego domu (domu w ogóle nie pamiętam) Dettol i dokładnie spryskiwałam nim dywan i tarłam ręcznikiem papierowym szczególnie te miejsca w których zauważyłam ślady po odchodach. Dywan był bardzo mokry, płyn był czysty, przejrzysty i natychmiast pokazywał wszystkie nieczystości. 

    Sen pokazał mi czego będę bała się najbardziej. 

    Dokładnie miesiąc później bałam się naprawdę. 

    Nadal się boję. 

    Alkohol jest grą, której stawka bywa ogromna, a skutki przegranej ponosi często cała rodzina. 

    Wiem o tym aż za dobrze. 

    Ale wiem też coś jeszcze. 

    Mój syn nie jest swoim ojcem. 

  • 34. “Zostaw. Tak ma być” – Sen, który zamieszkał w życiu na długo. 

    Poprzednie sny przygotowywały mnie na ten jak dotąd najtrudniejszy sen a on z kolei przygotowywał mnie na to co miało się dopiero wydarzyć.  

    8/9. 11.2025 

    Duży budynek. W jednym z pomieszczeń stało bardzo duże akwarium około 2m długości i prawie 1m wysokości albo nawet nieco większe. Były tam nieduże rybki (nie były kolorowe, takie rzeczne, zwyczajne) pływały przy dnie. Żyły tam też stworzenia przypominające jaszczurki (żółto czarne). Wpuściłam do wody niewielką ropuchę. Coś robiłam z tym akwarium. Nie pamiętam, czy sprzątałam, czy dolewałam wody. Akwarium stało na czymś (podest, szafka?) Ale w taki sposób, że większa część wystawała poza krawędź. Bałam się, że wszystko runie, tym bardziej, że kamienie na dnie ułożone były właśnie z tej strony, która nie była niczym podparta. Zauważyłam, że ropucha wyskakuje, złapałam ją i włożyłam do wody (woda nie była brudna, ale nie była też krystalicznie czysta). Wyskoczyła znów, więc powtórnie włożyłam ją do akwarium. Przyglądałam się jej, stała się o wiele większa. Teraz była wielkości około 30-40 cm. I miała króciutką gładką sierść, w kolorze szarym i nakrapianym, w kolorze, który zwykle mają ropuchy szare. Zdziwiłam się trochę, ale uznałam, że ta jest owłosiona i że to jest ok, ta po prostu jest inna. Zaakceptowałam jej wielkość i sierść. Nagle ropucha chwyciła jedną z jaszczurek, przysiadła na dnie akwarium i zaczęła ją jeść. Byłam zszokowana, ropucha miała być w tym akwarium po to, żeby tworzyć w pewnym sensie „społeczność” a stała się agresorem. Myślałam, że w tym pomieszczeniu jestem sama, ale ktoś powiedział, że mam to zostawić, że tak ma być. Byłam wstrząśnięta.  

    Chyba ten sam budynek, ale był jakiś dziwny. Pomieszczenia w nich podobnie jak w tym z akwarium były bardzo wysokie i przestronne, nie było tam raczej mebli. Były bardzo jasne (sala z akwarium jako jedyna była bardzo słabo oświetlona). Częścią budynku były też przestrzenie na zewnątrz takie w stylu atrium, ale dość rozległe i trawiaste. To były koszary. Mieszkało tam dużo ludzi. Chyba byli to żołnierze. Była tam sala, w której do ścian przytwierdzone były sedesy bez kabin (chyba 4, rozstawione w dużych odległościach od siebie). Ktoś wstawił dodatkowe drzwi przy sedesie, z którego lubiłam korzystać. Zdenerwowało mnie to, bo byłam przekonana, że nie będę miała spokoju i kiedy zechcę skorzystać z toalety na pewno ktoś będzie przechodził. To miało być uczęszczane przejście.  

    Byłam w małym mieszkaniu w bloku na którymś z wyższych pięter. Był tam również mój syn i jego przyjaciel (w realu pojechał przedwczoraj do Wrocławia z tym przyjacielem i swoją dziewczyną. Ona na koncert a oni odwiedzić innego przyjaciela, który tam mieszka) Chłopcy opowiadali mi jak było we Wrocławiu, że nie znaleźli dziewczyny mojego syna, że po koncercie wróciła do naszego miasta z innym mężczyzną. Pili tam alkohol i wdali się w bajkę z jakimiś ludźmi. (w realnym życiu Mój syn, 21 lat, jest osobą unikającą konfliktów jego przyjaciel jest dość porywczy, ale nie agresywny). Na zewnątrz ktoś coś wykrzykiwał, jakaś grupka młodych ludzi. Przyjaciel mojego syna wybiegł na balkon i wykrzykiwał coś do nich w bardzo zaczepny sposób. Bałam się, że ich sprowokuje do jakiegoś agresywnego zachowania. Nie wiem czy ja, czy mój syn, ale ktoś z nas zawołał go do środka. Przyjaciel mojego syna wszedł do mieszkania. Przyglądałam się im i nie podobało mi się to co widziałam. Jeden agresywny drugi „przymulony” wiedziałam, że to skutek wypitego wcześniej alkoholu. Boję się alkoholu, nie chcę, żeby mój syn stał się taki jak ojciec. 

    Ten sen jest bardzo trudny na wielu poziomach. Po pierwsze bardzo precyzyjnie przewidział przyszłość. Pierwszy raz zderzyłam się tak boleśnie z tym co niesie ze sobą sen prekognitywny. Wtedy byłam zdziwiona i nie uwierzyłam. Ot, dziwny zbieg okoliczności. Niestety niecały miesiąc później ci dwaj chłopcy, nocą około północy siedzieli w kuchni mojego mieszkania i opowiadali mi o osobnym powrocie z koncertu i trudnym, nieoczekiwanym rozstaniu.  

    Cierpienie własnego dziecka jest dla matki prawdziwym ciosem. Bardzo trudno stać obok i zgodzić się na to, że “tak ma być”.  Tylko, że dokładnie tak ma być! To jest droga mojego syna. Bardzo podobna do mojej, w której myślałam, że uratuję, że jeśli się poświęcę zmienię los ukochanego człowieka. Ta miłość, którą dajemy osobie, która nie potrafi jej naprawdę przyjąć i docenić to jest bardzo bolesna lekcja. Lekcja, którą mój syn musi przeżyć sam. A moja rola… jesteśmy ze sobą bardzo związani, jeśli on cierpi – ja cierpię. Ale w tym cierpieniu muszę chronić siebie, swoje zasoby, bo wtedy będę miała siłę na realne mądre wsparcie nie odbierające odpowiedzialności drugiemu człowiekowi. Jako matka mogę tylko, przyjąć syna po rozstaniu, dać mu miejsce w moim domu, nakarmić, wysłuchać i mocno przytulić. 

    „Zostaw. Tak ma być.” to najtrudniejsze z czym przyszło mi się zmierzyć. 

    Może straciłam sedes, który był tylko mój przez dwa lata, ale moje dziecko ma oparcie i swoje bezpieczne miejsce, w którym może dochodzić do siebie i układać powoli swoje własne puzzle.