W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Kategoria: Dawno, dawno temu…

Doświadczenia, te wczesne i trochę późniejsze, które mnie ukształtowały, wytworzyły wzorce i długo kierowały moimi życiowymi wyborami.

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam. Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. Trochę dziwne to było zaproszenie. Przeczytał mój wpis na fb, zdawało mi się, że zupełnie neutralny o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na ceremonię kakao bardzo mnie zdziwiło. Bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Bo słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła. Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję a prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”. No jak nie jest? Jak jest! Radze sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć, rozwód -bardzo trudny- ogarniam, chodzę na terapię indywidualną i grupową. Jakie “…będzie dobrze”? JEST DOBRZE!!! Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i z lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach, o tym, że czasem wystarczy złapać za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty. Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu. Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi. 

  • 11. WYTRZYMAM WSZYSTKO!!! Jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym. 

    Wczoraj wracając do domu byłam świadkiem wypadku, w którym ucierpiał maleńki piesek. Okoliczności wypadku w sensie winy i odpowiedzialności były niejasne, ale nie one są przedmiotem tych rozważań. Widok małego, trzęsącego się i dyszącego z szoku zakrwawionego psa, był impulsem, który uruchomił we mnie prawdziwą emocjonalną lawinę. Piesek był zaopiekowany, kiedy byłam już blisko widziałam kilka zakrwawionych chusteczek i dwie kobiety na kolanach pochylone z troską nad pieskiem. Nic tu po mnie, szłam dalej. Po kilku krokach poczułam się strasznie. Jakbym to ja klęczała nad krwawiącym psem i w dodatku miała związane ręce. Jakbym była kompletnie słaba i bezradna. Poczułam wzbierający we mnie szloch. I jedyne czego chciałam to wtulić się w Darka i płakać. Niemal dobiegłam do domu i płakałam najpierw z żalu, że takie maleństwo doznało krzywdy, potem z tęsknoty za silnymi, bezpiecznymi ramionami Darka. Chciałam móc mu powiedzieć co widziałam, jak mną to wydarzenie wstrząsnęło, jak silnie to przeżyłam, jak wielki lęk w sobie poczułam. Już raz przeprowadził mnie przez potężne graniczne doświadczenie. Przyjął wszystko, łzy, emocje, pytania, twierdzenia i wszystko inne czego w ogóle nie pamiętam. I był! i nie opuścił mnie nawet na chwilę, dopóki nie upewnił się, że jestem spokojna i bezpieczna. Potrzebowałam go teraz bardzo. Nie miałam przy sobie nikogo, a już w ogóle nikogo kto mógłby mi zapewnić choć przybliżoną jakość obecności. To wydarzenie uruchomiło we mnie dwa ważne tematy. Nieprzeżytą traumatyczną sytuację dotyczącą mojego własnego psa i wzorzec relacyjny który leżał u podstaw 26 lat mojego małżeństwa. 
     

    1.  Pies

    Mojego psa zaatakował amstaff. Mój piętnastoletni syn prowadził naszą suczkę na smyczy ja z byłym mężem szliśmy jakieś 30 m za nimi. Amstaff pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił naszego solidnej budowy 17 kg teriera i zaczął wywijać nim w powietrzu jak szmacianą lalką. Mój syn obracał się dookoła z psem na smyczy, mój mąż krzyczał a ja bez słowa, bez analizy, bez czucia absolutnie żadnej emocji pobiegłam w stronę psów i syna. Kiedy dziś o tym myślę była to tylko sekwencja kolejnych ruchów, bez myśli, czysta, po kolei i konsekwentnie. Kiedy dobiegłam do psów, zdecydowanie włożyłam dłoń pod kolczatkę amstaffa przekręciłam ją obracając obrożę w ósemkę i uniosłam przyduszonego psa do góry. Natychmiast puścił moją suczkę. Trwałam w tej pozycji z psem, dopóki nie przybiegł właściciel. Oddałam mu psa. Kobieta współwłaścicielka psa przekrzykiwała się z moim byłym mężem. Zobaczyłam moją zakrwawioną suczkę. Zdecydowanie przerwałam wrzaski i wydawałam dyspozycje. Pani zabiera psa. Pan organizuje transport i wiezie nas do weterynarza. Pan płaci za leczenie. Ja zadzwoniłam do przychodni, wzięłam psa na ręce i szłam za mężczyzną. W samochodzie trzymałam na kolanach zakrwawioną suczkę. Uciskając mocno najbardziej krwawiącą ranę. U weterynarza zadawałam rzeczowe pytania, pomagałam lekarzowi w pierwszych czynnościach. W czasie zabiegu pojechałam do domu przygotowałam nowe miękkie posłanie, bo suczka spała na wiklinowym koszu, wiedziałam, że przez jakiś czas nie wskoczy na górę. Wróciłam do weterynarza, odebrałam psa. W domu położyłam się obok niej na podłodze i zasnęłam. Spałam jak kamień razem z nią, nie chciałam odejść nawet na chwilę. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, każdy chyba mięsień. Przeszłam w tryb zadaniowy. Normalne obowiązki rodzinne i zawodowe, poza tym opieka nad psem, leki czyszczenie drenów, zmiany opatrunków noszenie na krótki spacer. Wszystko sama. Nie było czasu na emocje był tryb zadaniowy. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Od początku do końca byłam tylko skuteczna. Troskliwa, opiekuńcza, ale przede wszystkim SKUTECZNA.  

    Nie było tu czasu na analizę, było tylko działanie i zwykłe dla mnie, znane mi od zawsze przetrwanie.  

    2.  SEN

    Zdziwiło mnie trochę, kiedy przyszedł dzisiejszej nocy trudny sen. Obudziłam się bardzo zmęczona i przybita. Jak często bywa, główną postacią pokazującą mi trudny relacyjny wzorzec był bogu ducha winny Darek. Jako mój osobisty katalizator pracuje we mnie nadal choć nie widzieliśmy się już prawie 10 miesięcy i nigdy nasza relacja nie była nawet zbliżona do tej ze snu. A jednak to jego moja podświadomość wybiera, aby pokazać mi wszystko co potrzebuję w sobie uzdrowić. 

    8/9.05.2026 

    Oglądałam jakby z zewnątrz (ani to przez ekran, ani zaglądając do ich pokoju, trudno mi to wytłumaczyć) życie pary absolutnie stukniętej na punkcie swoich psów. Psów było mnóstwo chyba kilkadziesiąt, małych głównie były to chihuahua.  

    Z moimi zawodowymi dziećmi poszliśmy do nowej firmy Darka (stara firma nie istnieje już w rzeczywistości). Przyprowadziła mnie tam moja koleżanka. Przywitałam się z Darkiem z dużą rezerwą. Nie wiedziałam, że to miejsce istnieje. Nie wiedziałam, że stworzył nowe miejsce na wzór zamkniętego. Było mi trochę przykro, że mi o nim nie powiedział. Ale pomyślałam, że w ogóle tego nie ogłosił, że o tym miejscu wiedzą tylko nieliczni. Nieliczni, ale mnie wśród nich nie było. Zapytałam, czy planuje oficjalne otwarcie. Nie był pewien. To były cztery duże przestronne pokoje w kamienicy, atrybutów tego miejsca było dużo więcej niż w poprzednim. Oceniałyśmy z koleżanką przestrzeń pod kątem potrzeb dzieci i zauważyłyśmy, że nie ma toalety. Chciałam też wiedzieć tak trochę w formie żartu, czy jeśli komuś zrobi się nagle niedobrze to ma miejsce, żeby sobie spokojnie np.  zwymiotować ;). Powiedział, że nie, więc na szybko przygotowałam raczej symboliczną spluwaczko/rzygaczkę z gliny opakowaną z folię aluminiową postawiłam na stole i powiedziałam, że „to w razie czego” . Puszczając przy tym oczko. Przytulił mnie jednym ramieniem, było potężniejsze niż pamiętam. Pomimo tego, że przytulił mnie nie czułam bliskości, którą czułam kiedyś. Był trochę zdystansowany. Nie wiem, czy to wyczułam, czy to powiedział, czy dał mi tylko do zrozumienia, ale pomyślałam, że on nigdy nie dojrzeje do prawdziwego związku. Wyszłam na duży taras i położyłam się na podłodze była zrobiona ze starych drewnianych desek. Leżałam tak na boku zmęczona i zrezygnowana. Okazało się, że wzięłam jakąś tabletkę poronną i właśnie na tym dachu straciłam dziecko. Przyszła moja koleżanka i zawołała Darka. Powiedziała, że to przez niego, że to przez jego niedojrzałość. Był przerażony, nie wiedział o ciąży. Całą tą scenę oglądałam z boku, patrząc również na siebie, byłam w tej scenie bardzo młoda i nadal leżałam na drewnianych deskach. Wyglądałam jakbym spała w pozycji embrionalnej. Pierwszy raz w tym śnie Darek zachowywał się jakby mu naprawdę zależało, jakby potrzebował wstrząsu, żeby poczuć coś do mnie. Ja byłam rozczarowana, myślałam we śnie, że jak to? Że spotykaliśmy się przecież, że ciąża nie wzięła się z powietrza a jednak nie wpuszczał mnie do swojego życia. Nie wiedziałam nawet o nowej firmie i dopiero tragedia go otworzyła na uczucie. Wyszłam, ale nie wiem czy ta ja obserwująca, czy ja z podłogi również. Wchodziłam do pewnej instytucji kultury (współpracuję z nią w realu) drzwi były nowo zamontowane i portier chciał mi tłumaczyć, jak działają, ale przerwałam mu w pół słowa, ja doskonale wiedziałam JAK. Był ze mną mój nie żyjący od dwudziestu lat pies. Miałam z jakąś inną firmą współtworzyć pewne wydarzenie. Mężczyzna, z którym współpracowałam powiedział, że napisał projekt, który zakłada, że wszystkie podobne do naszych firmy w mieście mają tworzyć tu teraz podobne wydarzenia. Byłam zła, bo wpuściłam tego człowieka w moją przestrzeń a on chce ściągnąć tłumy innych. W pewnym sensie zagarnął miejsce, które było niemal wyłącznie moje i rozdaje je na lewo i prawo.  

    Przez całe życie wiązałam miłość z wytrzymywaniem. Wytrzymywałam wszystko – bezradność wobec niedojrzałość męża, niewidzenie mnie i moich potrzeb, brak zaangażowania i odpowiedzialności. Wytrzymywałam moje przeciążenie emocjonalne i często również fizyczne wynikłe ze stałego reagowania na cudze potrzeby i ignorowanie własnych, stałą czujność i nadodpowiedzialność. Co ciekawe sen pokazał mi, że mimo, że byłam w związku nigdy nie zostałam tak naprawdę wpuszczona do świata mojego męża. Nie było w jego życiu miejsca na mnie prawdziwą, na moją słabość czy emocje. Ja miałam ogarniać, zabezpieczać, unosić za dwoje. Teraz jestem w innym miejscu. Dzięki Darkowi i wizji z hipnozy regresyjnej wiem czym jest prawdziwa męska obecność. Dlatego we śnie nie mogłam rozwijać czegoś co nie ma przestrzeni do życia. Nie mogłam trwać z kimś, kto dostrzega mnie tylko wtedy, gdy wydarzy się katastrofa.  Mogłam spokojnie porzucić to miejsce i relację. Rozpoznałam wzorzec, znam mechanizm, portier nie musi mi go tłumaczyć. To bardzo stare miejsce we mnie: żeby ktoś naprawdę mnie zobaczył, musi się coś stać, spokój nigdy nie wystarczy. Moje zwykłe istnienie nie uruchomi obecności drugiego człowieka, dopiero potężny kryzys może otworzyć emocje innych. 

    To trudne. Bardzo bolesne, ale pomimo wszystko niezmiernie cieszę się, że i to miejsce w sobie zobaczyłam tak wyraźnie. Bo teraz mogę powoli i z czułością zacząć je w sobie uzdrawiać.  

  • 10. Pod skrzydłem Kruka

    Dokładnie 8 marca 2022, mój mąż odpuścił. Wiedział już, że nigdy już nie będzie tak “jak było”, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie i za swoją część naszej relacji. Miał kolejny nawrót choroby alkoholowej i “przyjaciółkę” o podobnych zainteresowaniach. Wiedział, że ze mną to już nie przejdzie, więc wspólne życie nie było teraz możliwe. Ale jednocześnie nie zamierzał się wyprowadzić. Chciał… mieć ciastko i zjeść ciastko. Atmosfera była ciężka, więc zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłam się do mojej firmy. Dwa pokoje w biurowcu, bez łazienki były lepsze niż moje dotychczasowe życie. I tu po raz pierwszy wkroczył mój 17-letni syn (zadbał bardziej o siebie niż o mnie), nie chciał mieszkać z ojcem i zawstydził go tak bardzo, że to on spał na materacu w moim gabinecie i w ciągu miesiąca znalazł sobie w końcu mieszkanie. W tym samym czasie, bo jak się sypie to po całości, dramatycznie pogłębiła się choroba mojej matki. Wtedy też zrozumiałam naprawdę dynamikę rodzinną. Że to ojciec manipulował i przekierowywał na matkę winę za to co de facto sam robił rodzinie. To były bardzo trudne miesiące, bezpośrednio po rozstaniu z mężem. W obciążeniu kłopotami materialnymi, po pracy, w której nie mogłam pokazać słabości czy smutku jechałam do matki, żeby ją umyć, zadbać o nią i walczyć z ojcem, który był podły i opiekę udawał jedynie przy obcych. Przez walkę z systemem medycznym i prawidłową diagnostyką. Przez zderzenie z sądownictwem, które działało na tyle opieszale, że matka nie doczekała postanowienia sądu w sprawie ubezwłasnowolnienia, które dawało mi prawo do znalezienia dla niej lepszego miejsca na ostatnie dni. Bardzo traumatyczne chwile. Od kwietnia poddałam się i zaczęłam brać leki przeciwdepresyjne i regulujące sen. Spałam, ale nie śniłam przez dwa lata. Kiedy zdawało się, że nie dam już rady… w czerwcu pierwszy raz przyszedł kruk. Pisałam coś i nie mogłam zebrać myśli i nagle zaczęłam rysować, nigdy dotąd nie miałam na to czasu. Nie myślałam wtedy co robię i dlaczego, nie miałam planu ani kierunku. ON w pewnym sensie sam się narysował. Piękny, dumny, bardzo elegancki. To niezwykle kojące doświadczenie było, jak sądzę zastępstwem za sny. Rysunki były na tyle symboliczne, że odpowiadały nawet na niepostawione jeszcze pytania. Tak naprawdę wtedy dopiero zaczęłam naprawdę TWORZYĆ. Kruki w pewnym stopniu niosły mnie aż do 2025 były motywem większości z moich obrazów. Mówi się, że kruk to ptak przejścia, wyjścia z ciemności do światła. Obejrzałam niedawno “Czas kruka” z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Poszłam, bo pomyślałam, że zobaczę tu mój proces innymi oczami. Co do idei, wszystko było jak u mnie, kruk przeprowadził bohatera przez ciemność, ale moje kruki były inne. Moje kruki były ciche, łagodne, porządkujące emocje, dające chwile kontemplacji i nieprawdopodobne wglądy. Dodawały mi siły i nie potrafiłam tego wtedy do końca wytłumaczyć, ale czułam opiekę, miałam silne przeczucie, że nie jestem sama, nawet kiedy jestem sama. Kruki odprowadziły mnie aż do progu 7.07.2025. I zniknęły nagle, bo nie były już potrzebne. Pożegnały się pięknie i kiedy myślę o nich w tamtym właśnie granicznym momencie, też były ze mną. One i Darek moi strażnicy przejścia. Zawsze myślę o nich z miłością i wdzięcznością i nawet teraz kiedy w moim życiu króluje spokój i bezpieczeństwo, przychodzą czasem takie chwile, że tęsknie i za NIM i za NIMI. Bardzo.  

    A film polecam, jest naprawdę niezwykły. 

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 4. Prababcia i lód w torebce

    Kiedy przypominam sobie małą mnie, widzę siebie na trzepaku, na rowerze albo na drzewie, albo w psiej budzie, nie ma wokół mnie wielu ludzi, choć przecież byli. Byli bracia, rodzice, rodzina, sąsiedzi, sporadycznie koleżanki, jakiś chłopiec, z którym codziennie szłam do przedszkola w towarzystwie naszych mam. Byli ludzie, ale nawet z nimi byłam sama. Kiedy myślę o dobrych chwilach mojego dzieciństwa nie ma tam ludzi. Są przede wszystkim zwierzęta. Psy przybłędy, które przyprowadzałam do domu a po powrocie moich rodziców z pracy, psy zwykle trafiały znów na ulicę. Oswajałam piwniczne dzikie koty. Przez chwilę gościłam jeża (nie wiem, gdzie sobie poszedł), była młoda kawka, papużki faliste, ślimaki w słoiku, kanarek, patyczaki i długo by wymieniać. Mówili, że mam “rękę do zwierząt”, że zostanę weterynarzem. Nie zostałam – kiedyś napiszę, dlaczego. Teraz myślę, że to co miałam w sobie przyciągało w pewien sposób zwierzęta i nadal przyciąga, bo mam ich wiele, łącznie z dzikimi ptakami, które karmię z ręki. To nie jest żadna niezwykła moc. To połączenie spokoju, cierpliwości, wysokiej wrażliwości, empatii i swoistego “szkolenia” w toksycznym środowisku. Byłam jako dziecko skrajnie wyczulona na mikro gesty, mimikę, zmianę w tonie głosu, mikro napięcia w ciele itp. To pozwalało mi przetrwać. Teraz dzięki temu wiem w ułamku sekundy nie tylko jakie kto ma zamiary, ale też czytam nastrój, wiem, czy ktoś kłamie, nawet jeśli okłamuje sam siebie, czuję to co w ludziach, znam ich potrzeby zanim wypowiedzą je na głos. Zwierzęta czują się w moim towarzystwie bezpiecznie, szanuję je, nie jestem nachalna, nie dotykam, kiedy tego nie chcą, wiedzą w jakiś sposób, że mogą przy mnie być. I są, zawsze są. Mówili, że mam “to” po prababci. “To” i imię. Kiedy była przy mnie czułam, że jestem bezpieczna, nigdy nie byłam głodna, nigdy nie było mi zimno. Prababcia była wyjątkowa. Mówiła niewiele, ale zawsze to co trzeba. Siadałam z nią w jej kuchni, przy dużym stole i obserwowałam, jak szyje. Pozwalała mi czasem, szyć coś dla siebie, malutki portfelik czy ubranko dla lalki. Na parapecie obok niej spał zwykle kot, który nie odstępował jej na krok. Co rano karmiła dziką wronę i naprawdę cieszyła się jej towarzystwem. Mówiła, że opowiadają sobie nawzajem ciekawe historie. To piękne wspomnienia. Moja prababcia leczyła też ludzi. Nie wiem dokładnie w jaki sposób, byłam za mała, żeby to zrozumieć. Mój ojciec nazywał to “te babci czary mary”. Nie mówił o niej z szacunkiem, z resztą, żadna kobieta nie była chyba jego zdaniem godna szacunku. Nie mniej poddał się raz jej “czary mary”, kiedy po trzech dniach potwornej migreny, któryś już raz wymiotował i nie miał siły się bronić mama przyprowadziła prababcię. Pomogła. Nie wiem jak, ale była skuteczna. Niestety zachorowała na demencję i nie cieszyłam się długo jej obecnością. A była jedyną osobą, która naprawdę była dla mnie. Kiedy zachorowała czułam jakby mnie porzuciła. Tylko ona pamiętała o moich urodzinach, więc szóste urodziny były w pewnym sensie moimi ostatnimi. Mój ojciec mówił o niej “babka”.  Wyśmiewał jej wygląd, bo od siedzenie przy szyciu miała zgarbione plecy, powykręcane artretyzmem palce. Sprawił, że wstydziłam się, kiedy szukaliśmy jej w miasteczku, zgubiła się, zapomniała, gdzie mieszka. Ojciec żartował sobie z niej z ludźmi, którzy pomagali jej szukać jakby chciał ich zabawić w trakcie poszukiwań. To była jedna z najlepszych osób na ziemi i jedyna (jak myślałam przez dziesięciolecia) jaką naprawdę skrzywdziłam… Biegałam wtedy z jakimiś dziećmi po głównej ulicy miasteczka, oddalonej od domu o jakieś trzysta metrów. W oddali zobaczyłam prababcię, szła kołyszącym się krokiem opierając się na lasce. Wiedziałam, że mnie zauważyła i zmierza w moim kierunku. Najpierw udawałam, że jej nie widzę, ale wiedziałam, że się zbliża. Bardzo się wstydziłam przed dziećmi, krzywych pleców prababci. Zawołała mnie, a ja zaczęłam uciekać, wołała mnie i goniła jak mogła najszybciej. Widziałam, że bardzo ją to męczy, że nie może złapać tchu a ja nadal uciekałam. Zatrzymałam się dopiero pod domem. Tam zaczekałam. Prababcia podeszła do mnie ze łzami w oczach. Nic nie powiedziała, otworzyła torbę i powiedziała “Proszę”. W torbie był lód, nie pamiętam w jakim smaku, nie pamiętam, czy go w ogóle zjadłam. Pamiętam roztapiający się lód na dnie torebki… i łzy w oczach prababci. 

    Kiedy wiele, wiele lat później, po “prawie wypadku w pociągu” wybrałam się na hipnozę regresyjną chciałam tak naprawdę zobaczyć dwie rzeczy: chciałam wiedzieć, czy spotkałam już wcześniej Darka i zobaczyć prababcię, żeby jej podziękować i bardzo ją przeprosić. Prababci nie zobaczyłam, ale moja hipnotyzerka powiedziała, że wcale się temu nie dziwi. Bo moja prababcia wcale nie potrzebuje moich przeprosin. Nie zrozumiałam od razu, trzeba było mi wyjaśnić, że byłam wtedy małym dzieckiem, małe dzieci robią głupie rzeczy i dorośli wcale nie mają im tego za złe. Całe życie nosiłam w sobie poczucie winy, że jako pięciolatka skrzywdziłam prababcię. I że jest to krzywda nie do naprawienia. 

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie. 

  • 2. W PEŁNI. POCZĄTEK

    Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, jestem w drodze, a każda droga musi mieć początek… 

    Noc przesilenia zimowego a jednocześnie przepiękna pełnia, moja pierwsza. Niewielkie, senne miasteczko otoczone lasami, po obu stronach drogi wysokie sosny obciążone grubą warstwą śniegu i widoczny w oddali szpital miejski. Moja matka dotarła niemal w ostatniej chwili. Od pierwszego skurczu poród trwał zaledwie trzy godziny, bo w tym dniu i przez całą resztę mojego życia byłam w pełni gotowa. A “w pełni” stało się mottem mojego życia. 

    Mój ojciec tak bardzo ucieszył się z mojego przyjścia na świat, że w środku zimowej nocy, przedzierając się przez głęboki śnieg wtargnął na posesję miejscowej kwiaciarki. Psy pozbawiły go nogawek spodni a kwiaciarka była zdecydowana dzwonić po milicję, ale podobno głośno krzyczał, “mam córkę pani Jadziu!!!”, co brzmiało nieco inaczej niż “to jest napad!!!” 😉 

    Bez nogawek, ale z bukietem i życzeniami dla mnie i mamy wrócił pod szpital, gdzie mógł nacieszyć oko moim widokiem. Przez okno na pierwszym piętrze położna przycisnęła zawiniątko do szyby, więc moją urodę mógł ocenić dopiero w domu. 

    Myślę, że moje narodziny były jednym z niewielu pięknych momentów w historii ich burzliwego małżeństwa. 

    Rodzice, ja i moi dwaj bracia mieszkaliśmy w domu moich pradziadków, nasze mieszkania miały oddzielne wejścia, ale zawsze mogłam ich odwiedzić, bo drzwi były stale otwarte.  Pradziadek strzelisty jak miejscowa sosna z mlecznobiałym wąsem, który podkręcał niespiesznie pykając z fajeczki, wprowadził mnie w świat natury. To z nim sadziłam fasolkę szparagową i wyrywałam marchew prosto z ziemi, wycierałam o spódniczkę i jadłam (o zgrozo) nie umytą. Razem z nim opiekowałam się małą chorą owieczką, którą zabrał od kogoś kto nie chciał jej leczyć. Od niego dostałam kurę, której czytałam codziennie na ławeczce, a ona zaglądała mi przez ramię przytulona i cicho gdacząca. Pochowaliśmy ją pod wiśnią, która rosła na podwórzu. Pokazywał mi gniazda ptaków, nazywał owady. W pobliskiej rzeczce łowiłam słoikiem rybki, raki i inne stworzenia, przynosiłam do pradziadka a on opowiadał o nich tyle ile wiedział. A wiedział wystarczająco dużo, aby obudzić we mnie bezgraniczną miłość i szacunek dla natury. To dzięki niemu zawsze czułam się częścią świata, nie lepsza i nie gorsza od pasikonika. Bo i ja i pasikonik zajmowaliśmy zdaniem dziadka należne sobie miejsce w świecie. 

    Kiedy miałam może pięć lat, po raz pierwszy postanowiłam uciec z domu. Przeszłam może kilkaset metrów, kiedy zobaczyłam przy tzw. Czarnej drodze słup, a na nim gniazdo bocianów i dwójkę młodych. Chciałam koniecznie zobaczyć, jak jedzą. Wspięłam się więc na drzewo po przeciwnej stronie drogi, bo były to czasy, kiedy naturalnym dla dzieci było chodzenie po drzewach i wiszenie głową w dół na trzepaku. Usiadłam na grubym konarze i mogłam obserwować do woli. Rodzice przynosili do gniazda głównie myszy, więc czekałam na żaby. Spędziłam na drzewie kilka godzin, byłam głodna, zmęczona i spragniona. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak ucieknę jutro i lepiej się przygotuję do drogi.  

    Miałam nadzieję, że ojca nie będzie. Niestety był. Otworzył mi drzwi, zapytał, gdzie byłam, powiedział, że od dawna wszyscy mnie szukali. Opowiedziałam o bocianach, ale nie wspomniałam o ucieczce. Wysłuchał ze spokojem a potem kazał mi się położyć na krześle. Nie chciałam. Rzucił mnie na krzesło i przytrzymując jedną ręką próbował trafić w moją pupę plastikową skakanką. Wyrywałam się i wrzeszczałam a im bardziej wierzgałam tym większą furię w nim wzbudzałam. Krzyczał na mnie, że jego to bardziej boli, kiedy musi bić własną córkę, że gdybym była grzeczna nie musiałby tak cierpieć. Wierzyłam, że tak jest, bo przecież to musiała być prawda, ja nie potrafiłam nikogo uderzyć, bo sama myśl, że to zrobiłoby komuś krzywdę była dla mnie zwyczajnie straszna. Miałam piekące pręgi na plecach, rękach i udach, ale na pupie zadziwiająco mało. Kiedy stwierdził, że już zostałam zdyscyplinowana zawołał mojego o dwa lata starszego brata. Powiedział, że również jego musi ukarać, bo pozwolił mi wyjść za furtkę. Mój brat sam położył się na krześle. Przyjął razy nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zapłakana i zasmarkana patrzyłam na brata, wydawało się jakby go tam nie było. Jakby był w zupełnie innym miejscu. Był moim bohaterem, niedoścignionym wzorem. Ja zawsze się darłam i wyrywałam i miałam poczucie winy, że jestem słaba, że nie mam charakteru, nie potrafię przyjąć kary z godnością i że to wszystko co się stało działo się przeze mnie. Wiele lat później zobaczyłam, że było odwrotnie. Ja walczyłam, walczyłam w pełni, całą sobą a mój brat został złamany już na samym początku. Ja potrafiłam znaleźć siłę, żeby w pełni wybaczyć a on uciekł, schował się w swoim świecie – zachorował na schizofrenię. To było pierwsze lanie, które pamiętam, było ich wiele. Wszystkie podobne, uznawałam wtedy, że to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. Kiedy czytałam mój życiorys na terapii grupowej dla współuzależnionych, żony alkoholików, które widziały nie jedno płakały, a ja nie rozumiałam, dlaczego? Przecież to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. 

    Później w trakcie terapii przypomniało mi się ostatnie lanie, ale to już jest zupełnie inna bajka, więc opowiem o nim innym razem.